Ptaszki ćwierkają od rana, że JE Viktor Orbán, demokratycznie elektowany przez Lód dyktator Węgier twierdzi iż zapobiegł puczowi na swój urząd, honor swego rządu i namaszczony mocą pańską stolec budapesztański. Odpowiedzialnymi za to mają być “węgierscy i zagraniczni dyplomaci” i promująca lewacki postępowizm hamerykańska stacja CNN. Winni są właściwie tylko ci pierwsi, ale Si-en-en oberwała rykoszetem – za “podsycanie do nienawiści”.
Co ciekawe, madziarski monsz stanu podzielił się tymi rewelacjami dopiero w zeszłym tygodniu, tchnąc grozą na partyjnym soborze “w miejscowości Eger”. Szczegółów nie ujawnił, żeby tego nikt przypadkiem nie zweryfikował, a wieść dotarła do bratanków szklankowo-szablowych dopiero dwa dni po.
Towarzysz Orbán, odkąd raczył był dojść do władzy, stał się z jednej strony obiektem westchnień Jurków-Marków, prawackich konserw i wszelkiej maści prawicowo-konserwatywno-narodowo-nacyonalistycznych organizacyj sygnujących się agitką YarKacza i Hofmana, a traktujących Budapeszt jak ostatnie przedmurze chrześcijaństwa w zlaicyzowanej €uropie.
Tryumfowała nacyonalizacja, “gospodarka narodowa”, dbałość o “wartości chrześcijańskie”. Wyjątkowo uaktywniały się umiarkowanie dotychczas niechętne matuszce Brukseli ogary spod znaku Ziobry i Kurskiego, czy wspomnianego już wcześniej Hofmana. Ludzie, którzy będąc u władzy w Roku Pańskim 2007-mym nie raczyli zrobić NIC (słownie: zero, null), żeby tę swoją neosarmarmacką wersję moheryzmu urzeczywistnić, stawiają teraz Vikusia na piedestale.
Kaczyści i ziobryści nie zawracali sobie głowy ochroną życia, obniżaniem podatków (wyjątek stanowiła nieudana próba wprowadzenia Pakietu Kluski) i “polityką prorodzinną”, która u Orbána obrosła wręcz tłuszczykiem mitologii – nisko oprocentowane kredyty mieszkaniowe, “darmowe” akademiki i studia na dowolnej liczbie kierunków, ulgi podatkowe za posiadanie dzieci…
Chłopacy-PiSmacy, wzorem późno/średniowiecznych Kmiciców i ślachty przedrozbiorowej, pierwsi byli do chwalenia cudzego i najeżdżania na własne, ale ich sejmowa aktywność zasadniczo ograniczała się do spraszania kolejnych ambasadorów, Kondoliz Rajs i Hilarii Klintonowych, do afer samoobronowo-gruntowych, prowokacji CBA i sprzeciwów wobec prywatyzacyj kolejnych nierentownych, państwowych molochów. To ostatnie możliwe było tylko przy pomocy systemu dotacji i budżetowych subsydiów; wiecznego dopłacania do skrajnie nieopłacalnych spółek skarbu państwa i reanimowania żywych trupów, utrzymywanych wyłącznie w celu zabezpieczenia kilku tysięcy “miejsc pracy”.
Na plus można im zaliczyć jedynie obniżenie składki rentowej (tej, którą Pomarańczowy Kulfon ostatnio podwyższył o 2%) i ślachetną acz nieudaną próbę dekomunizacji – rozszerzenie kompetencyj IPNu i zmotywowanie urzędasów z tegoż urzędu do wytężonego ścigania nieujawnionej postubecji. Pan Macierewicz i jego hucpa mogli bezpiecznie pokazać jedynie około 15%-tu teczek – bo tylko tylu chłopaków nie było już zatrudnionych w bezpiece – głosując uprzednio za korwinową uchwałą lustracyjną. Więc mit o rzekomej niesprzedajności kaczystowskich komsomołowców trzeba włożyć między bajki.
Jakże by to miało tak być, żeby później nam w debacie taki Donek wypominał zwolnienia, albo przyprowadził jakiegoś stoczniowca, związkowca, czy innego fagasa z OPZZ i powiedział mu “To przez tego pana twoja rodzinka nie ma co żrić, a dzieci piszą ołówkami z Caritasu”? Polityka PiSu bazuje na emocjach, ślepym i chwilowym odruchu stadnym, umiejętnie podsyconym i utrzymanym przez stojącego na mównicy demagoga – który, pomimo postury mopsa, niskiego wzrostu i aparycji żywcem wyjętej ze skeczów o Topiku, porywa za sobą tłumy i nęci partiotyczny-beton niczym młoda inkarnacja Dmowskiego.
O tyle, o ile Kaczyńskiego nikt poza granicami kraju nie traktuje jako poważne zagrożenie, tak Orbán jest przez federalistów brany najzupełniej serio – odciął banksterom dostęp do rynku węgierskiego, wprowadził liniowy PIT i ocenzurował madziarskie mendia, dotychczas przepełnione czerwonymi kaczkami dziennikarskimi. Pomimo 8-miu miliardów deficytu i niezidentyfikowanej acz olbrzymiej ilości długów zewnętrznych ŻADEN z towarzyszy maoistów zasiadających w Komisji €uropejskiej nie pofatygował się, żeby kiedykolwiek zganić lub chociaż zapytać poprzedniego premiera, socyalistę Ferenca Gyurcsanya, jak zamierza go obniżyć.
Ponieważ Orbán, jak przystało na rasowego nacyonalistę, na ekonomii zna się jak bezręki na wieszaniu prania, wprowadził (zapewne pod wpływem doradców-intelektualistów, tak lubiących wygrzewać się przy państwowym kominku) mechanizmy ustawowej “troski”, będącej przejawem dbania państwa o obywatela: podatek na ciućki, cuksy i cekuladę, coby się nam obywatele za bardzo nie spaśli; podatek “solidarnościowy”, czyli społeczną zrzutkę na podreparowanie źle gospodarowanego budżetu, oraz opodatkowanie branży energetycznej – świąteczny prezencik dla palących węglem w kominkach.
Gdyby jakikolwiek ojciec rodziny albo przedsiębiorca gospodarował tak, jak włodarze z Warszawki i Budapesztu, w podziurawionych oknach zakładu hulałby wiatr, a familia już dawno spałaby pod wiatą lokalnego przybytku. Vikuś wydaje się pierwszym od lat premierem, którego nie interesuje ani przypodobanie się agendzie radzieckiej, ani błękitnym bandytom z Brukseli i Strasburga. Węgrzy publicznie palą unijne flagi i krzyczą rodzime “Precz z brukselską okupacją”, chociaż zalatuje to hipokryzją jak, nie przybliżając zanadto, krowim łajnem – najpierw doimy, zbieramy dotacje i czerpiemy z programów pomocowych, żeby potem się na nich wszystkich wypiąć i DALEJ ssać kasę? Zdecydujta się, no. Wóz, albo przewóz, baba albo kiep.
Zjeść cuksa i nie zjeść cuksa to razem dwa cuksy – szkoda, że ten drugi jakby mniej materialny… Rząd Orbána znajduje się w analogicznej sytuacji, jak Brytyjczycy i Czesi – bardzo chciałby pozbyć się kręcącego gospodarką i narzucającego jarzmo brukselskiego bata, ale za bardzo wie jak. Głos Lódó kapryśny jest; teraz połowa ankietowanych nienawidzi Unii, ale jak tylko zwietrzy kres Państwa Dobrobytu i Społecznych Korzyści, to całe Społeczeństwo wpadnie w zbiorową histerię – w ciemną dzicz, wschodnią swołocz chcą nas wyprowadzić, dotacje zabrać, ojejkujejku, jak nas psemysł i rolnictwo wytsymajom, kiedy nie bendzie jus rzondowych dotacyj?
Żaden demokratycznie wybrany rząd, o ile nie ma na celu obalenia Rządów Lódó, nie będzie kopał dołka pod własnym gniazdem i podejmował skrajnie niepopularnych decyzji. To jest właśnie element, na którym nasz Don Donislao poległ – forsując podniesienie wieku emerytalnego (“trudne decyzje, których obywatele nie potrafią podjąć”) i “twardo nie ulegając szantażom” ws. ACTA. Z drugiej strony, skrajny populizm szybko doprowadza kraj na skraj bankructwa – wiadomo przecież, że Lód będzie chciał otrzymywać wysokie zasiłki i kompleksowy wachlarz “darmowych” usług, płacąc przy tym jak najniższe podatki.
Orby nie jest populistą, idzie pod prąd, a skażenie w jego poglądach wynika bardziej z tego, że nie jest liberałem i tak naprawdę nie zna się na ekonomii – bardziej zależy mu na kruczkach w rodzaju aborcji i “polityki wspierania rodziny”, niż faktycznym wyważeniu budżetu.
Zastanawiałę się długo, azaliż chłopa potępić, czy nie. Poprzednią bandę czerwonych bije na łeb, zależy mu na ochronie życia, ewidentnie chce zrównoważyć budżet i bimba sobie na modne ostatnio federalizmy, postępowizmy i zielone feminizmy, które opanowały 98% €uropejskich dworów, ale z drugiej strony cenzuruje media, podwyższa podatki (obniżając jednocześnie inne, sprawiając w efekcie, że obniżka nie będzie odczuwalna, ale cyferki będą się zgadzać), utrzymuje horrendalnie wysoki VAT (27%) i wprowadza idiotyczne taksy na żywność (tzw. podatek od tłuszczu). Po przemyśleniu, wychodzi mi, że bilans zysków i strat jest dodatni. Madziary mogą się stać drugą, zaraz po Czechach, najzdrowszą gospodarką całego sojuzu, ze stosunkowo niewielkim deficytem i długami w “rozsądnym” jak na €uropejskie warunki przedziale.
Taka wizja z pewnością wywołała u paniczyków z Berlina i Paryża niewątpliwy ból dupy – wszak wiadomo, że najsilniejsze, najzdrowsze i najniezatapialniejsze [jak Tytatnik] są budżety Germanii i Frankonii. Ale żeby od razu zamacha organizować, CNN angażować, status quo łamać…
Takie rzeczy, w demokratycznym państwie prawa, się po prostu nie zdarzają. Amę.