Dziś, towarzysze komsomołowcy, będzie trochę paplaniny nt. gospodarcze. Innowatorzy społeczni z Matuszki Brusseli w swej nieogarnionej płodności wpadli bowiem na kolejnego, jeszcze bardziej wizjonerskiego niż ACTA, pomysła. Marzy im się likwidacja gotówki i zastąpienie papierowych, bądź co bądź drogich w dodruku banknotów porządnym, niematerialnie ulokowanym Piniondzem. Piszę z dużej litery, bo to będzie Piniondz nowy, lepsiejszy. Wyprze stare, tradycyjne papierki, które wymagają kosztownych banków rezerw, zabezpieczonych sejfów, przeklętego podpisu prezesa Banku Centralnego i tuzina innych zabezpieczeń, które w zamyśle mają uchronić niemądry Lud przed masową produkcją i kolportażem Środków Płatniczych.
Hierezjarchowie z Warszawki i kołchoźnego parlamentu wykazują się przy tym typową dla każdego rządu hipokryzją – sami drukują na potęgę, pożyczając na procent bankom i sobie nawzajem, ale każdego, kto spróbuje tego samego ścigają z nienawiścią i pogardą godną każdego monopolisty zwalczającego konkurencję. W końcu, tylko rząd może uzurpować sobie prawo do nieograniczonego tworzenia z powietrza grzesznej mamony. Przez ostatnie wieki przeszkodą była obowiązująca w całej €uropie (i nie tylko, bo na południu i Wschodzie też) międzynarodowa waluta płatnicza – złoto, srebro i miedź. Wszystko liczone według uncji kruszca w monecie; nie do podrobienia i nie do oszukania.
Lokalni panowie na morgach, na przykład król Zygmunt Któryś-Tam (bodajże, Stary, ale rączką za niego nie ręczę) mieli dostęp do innych rzadkich w tamtych czasach surowców – rud soli i boksytu, rzadkich a obrabianych ręcznie tkanin, czy choćby zasobów rzadkich drewien, masowo wycinanych i spławianych Wisłą na handel z Holendrami. Złoto, srebro i miedź – czyli Waluta – były umownymi środkami płatniczymi, które jedynie ułatwiały wycenę produktu/usługi i same w sobie nie miały wartości – ich wartość można było mierzyć dopiero ceną, jaką godził się zapłacić konsument, żeby otrzymać dane dobro.
Brukselscy klakierzy sukcesywnie niszczyli ten naturalny proces, wypierając naturalne i niemożliwe do podrobienia kruszce naturalne świstkami papieru, które można sobie płodzić w nieskończoność i używać do zapychania dziury budżetowej. Tego pragnął i do tego nawoływał nieżyw już towarzysz Andrzej El, przywódca robotniczo-socrealistycznej kliki zwanej Samoobroną. Twierdził, że dodruk pieniądza jest świetnym sposobem na łatanie dziurawej państwowej kiesy, która działa na zasadzie szklanki z dziurką – im więcej wlejesz, tym większą plamę będziesz miał potem na spodniach.
W mym starym podręczniku do 6-tej klasy SP wisi fotka młodych, silnych i pochodzących z Wielkich Ośrodków aryjczyków, którzy świeżo po wojnie jeździli do sklepu z taczkami wypakowanymi stertami marek. Jeszcze zanim zdążyli dojść, wartość ładunku wiezionego na taczkowozie zmalała o 15% – z powodu szalejących wskaźników inflacji i powojennego boomu koniunkturalno-demograficznego (czyt. w ludziach powojennych odżyły uczucia nieomal już przez zdenegenerowaną ludzkość zapomniane – Miłość i Współczucie – które potem trza było odpowiednio skonsumować – najpierw w domu, na kanapie, potem w sklepie – przy kiepie).
Takie cuś nazywamy hiperinflacją, super-hiper-peta-mega-inflacją, lub też inflacją galopującą, w wyniku której wszyscy są bogaci, ale nikogo na nic nie stać. Ponieważ zdarzyło-było się to na świecie ledwie pięć razy (w Polszczy, Germanii, Jugosławii, Zimbabwe i na Węgrzech), “ekonomiści” z leninowego nadania zdążyli już zapomnieć, czym kończy się zwiększanie podaży pieniądza w nieskończoność.
Dodruk, chociaż jest całkiem sprawną metodą na pomnażanie gotówki, ma swoje wady. Przede wszystkim, wszystko zostaje w papierach, rejestrach, wszystko może zostać (przynajmniej w USA) odczytane przez kongresmana i podane do wiadomości publicznej. Znacznie przyjemniejszym i wygodniejszym sposobem na fabryczną produkcję kieszonkowego jest zamiana kilku cyferek na kontach nabrzmiałych banków, “zbyt dużych, żeby mogły upaść”.
Rząd, po wyeliminowaniu tradycyjnych form płatności, pozbyłby się uporczywych kontroli i uciążliwych hamulców prawnych, które krępują jego drukarskie zapędy. Nie byłoby limitu, nie byłoby końca wiecznej stymulacji; przepompowywaniu pieniędzy z kont rządu do kies korporacji i banksterskich międzynarodówek. Praktycznie oznaczałoby to też koniec “szarej strefy” – ostatniej podpory gospodarki i jedynego rodzaju pracy, do którego bezpieka nie zdołała wsadzić swych upapranych czerwienią rączek.
Każdy sklep, każdy punkt wymiany, każdy kiosk i każda pierdółka, w której w grę wchodzą pieniądze byłaby zobowiązana do używania kart i kont bankowych, które mają tę zasadniczą wadę, że widać na nich wszystko jak na dłoni – gdzie byłeś, co kupiłeś, ile zapłaciłeś, a nawet to, z kim handlowałeś. TO jest de facto kompletna miazga i przejazd po prywatności – znacznie większa niż ACTy i brutalne antypirackie nagonki.
Od tej pory troskliwo-podcieraczodupkowe służby mogłyby mieć pełen wgląd w kilkuletnią historię transakcji każdego obywatela – a w konsekwencji do tajemnic handlowych, miejsc pobytu, danych kontrahentów, osobistych preferencji przy doborze towarów i caaałej masy różnych pierdół, z którymi człek rozsądny a nieufny nie podzieliłby się nawet z kolegą, a co dopiero jakimś miśkiem z Abewu, Cebea, czy innych WSI.
Coś takiego, jak mi podpowiada ma sklerociała już pamięć, zaproponowano niegdyś w Szwecji – gdzie elyty postulowały ukrócenie dyktatu “niebezpiecznych transakcji” i zabezpieczenie interesów klasy pracującej, poprzez zmuszenie jej do płacenia za bilety wyłącznie kartą. Wujek nie gryzie: link.
Abstrahując jeszcze od tematu służb, Szwecji, ACTów i uwalonych farbą czy czym rączek – “szara strefa” nie znosi próżni. Jeżeli wyeliminują papierki, walutą stanie się coś innego – praca, kamienie szlachetne, obligacje… Cokolwiek, co ma jakąś wartość i da się wymienić na realny piniondz.
Ten piniondz jest więc miernikiem wartości towaru – i sam w sobie nie ma wartości i wcale nie jest powiedziane, że musi być najważniejszą walutą używaną podczas wymiany. Sprzedawca krzeseł może umówić się z klientem, który zna się na włókiennictwie, że ten wymieni mu firanki w lokalu i w zamian otrzyma komplet jeszcze gorących stołków. 7-letni Wojtuś wstaje codziennie o 5-tej i roznosi na osiedlu świeże bułeczky, 14-letni Ryszard myje sąsiadom auto, a 59-letni Cristopher (emigrant z Kanady) myje Krysi i Stasi podjazd; jedząc sobie codziennie rodzinny, darmowy obiadek. Wolny handel, wolny ynternet, wolna €uropa, wolny piniondz!