Szalą. Wróciłem właśnie (czas zaprzeszły, bo to było przedwczoraj) z antyACTowej protestacyi - zmęczony, nachodzony i obolały jak bóbr po wegetacji na palmie – ale zadowolony. Dzięki Ficebukowi z przewidywanych 20-tu osób zrobiło się kilkaset, które jeszcze przytaszczyły swoje żony, kochanki, córki und macochy; tudzież krewnych i znajomych bliższej bądź dalszej proweniencji.
Efektem tego była zawrotna liczba 3.000 demonstrantów, czyli koło 3% całomiejskiej populacji. Wiarygodnym weryfikatorem tychże danych jest oczywiście Komenda Miejska Policji w Bielsku-Białej, która to najwyraźniej musi dysponować jakąś tajemniczą, przyszłościową technologią; pozwalającą garstce pałecjantów na przeliczenie tysięcy nadchodzących z różnych stron osób.
- Było zimno.
- Śmierdziało papierosami i spoconym motłochem.
- Było fajnie.
- Człowieki nie musiały się na mię tak dziwnie paczać, kiedy nie podskakiwałem i nie kwokałem na ich “Kto nie z kaczę, kto nie z kaczę, ten z Esbe”.
- Bielszczańskie gimbo w niczym nie ustępują Warszawskim.
- Organizatorzy imprezki (absolutnie nie ignorując dogmatu o polit-poprawności i w dalszym ciągu wypowiadając się zgodnie z duchem Polityki Miłości) za przeproszeniem dali ciała, albowiem tłum, po początkowych przemowach na platzu Ratuszowym, ruszył do przodu i w owczym pędzie przeszedł samopas przez całe miasto – koordynatorów zostawiając het-het, z tyłu. Mało brakowało, żeby gimbo przemieszane z anarcholami wpadło na małe zakupki do Savii, czy stadnie uderzyło na obrotowe drzwi galeryi handlowej. Na szczęście, pokusa blokowania ruchu ulicznego i hałasowania na ulicach była, ahh, nie do odparcia.
Pomimo tychże niedogodności, serce me i dusza ma radują się – albowiem Lud raczył wreszcie ruszyć dupska sprzed telewizorów, zgasić tefałeny i powiedzieć głośno, wyraźnie: “Jesteśmy wku’hwieni, nie dla ACTA, nie dla ACTA, Donald łobuzie wsadzimy ci chuja w buzię, nie dla ACTA”, ewentualnie kontestując system kultowym “Nie bać System”, tudzież kontestująco-opresyjnym “Donald – co? – Kurwo”.
Niektóre ludki bardzo pragną, żebym głośno, wyraźnie i pod przysięgą zeznał, jakie to stosunki utrzymuję z 28-mio punktowym świstkiem papieru zwanym ACTA. Moje pojawienie się na manifie powinno te wątpliwości rozwiać – ale tworzy ich jeszcze więcej. Jak toto tak to, że libertarianin idzie w jednym szeregu z socyal-anarcholami, palikociarnią i Bojownikami o Sprawiedliwość Społeczną (czyt. narodowym pismactwem).
Niestety, nie czuję się z’obowiązanym do posiadania własnego zdania w każdej sprawie – mimo iż zazwyczaj je mam i, jak na porządnego ekshibicjonistę moralnego przystało, nie omieszkuję go wyrazić.
My, Wyborcy, wiemy, że ACTA to zuo. Wiemy, że gdyby rządy każdego z krajów, które podpisały w Tokio ten brzydki a warty mniej niż rolka srajtaśmy papierek zdecydowały się ratyfikować go w parlamentach narodowych, internet czekałaby klęska. Nie cenzura, nie masowe blokady treści, nie zbiorowe nagonki na anonimowych wieśków, którzy do czegoś zalinkują albo wstawią sweet-kommcia – ale właśnie klęska.
Filozofia magików i bajkopisarzy, którzy wykreowali ACTA jest pozornie genialna – przerzuca bowiem odpowiedzialność za usuwanie treści z dotychczas powszechnie znienawidzonego i postrzeganego jako Wielki Zły rządu na barki providerów internetu, którzy w obawie przed nocnym nalotem na firmę sami rączo przystąpią do masowego blokowania i zgłaszania stron, za które cenzor może skazać ich na ciupę.
W ten sposób, Tusq i jego kohorta za jednym zamachem będą mogli chwalić się, że mają czyste rączki i pozbyć uporczywego problemu Wrogów Lódó, czyli samych internautów – którzy co i rusz wypuszczają brutalne paszkwile, godzące w płemiełowe dobro osobiste. Którzy organizują mu pod nosem manify, chcą wsadzić chuja w buzię, każą mu się, cytuję “nie bać” i ogólnie napędzają chorą spiralę społecznej nienawiści.
Ta nienawiść, ten obywatelski ostracyzm, głęboko boli pomarańczowe serduszko naszego Maczo Picu, naszego El Commandante, który wciąż szczerze obiecuje, nawołuje do oszczędności i zaciskania pasa, ale nikt go nie słucha – bardziej zacisnąć się już nie da. Pan Płemieł już oszczędził; nie przyznał sobie zaplanowanej na ten rok 500-złotowej podwyżki. Jeżeli taki gest solidarnego społecznie heroizmu nie zdołał przekonać demów maszerujących z monstrancją, że w kraju żyje się lepiej, to cóż więcej może uczynić nasze El Sol Del Peru? Obciąć pensje Rychom, Zbychom i Mirosławom? Pozbawić Radusia Sikorsky’ego tak bardzo potrzebnych 60-ciu milionów na “premie” dla zaufanych kumotrów? Wycofać wszystkie subsydia i dotacje dla bojówek pedalskich, Krytyk Politytycznych i zaprzestać sponsoringu wojenki w Afganie? Nie do pomyślenia!
Telewizja, gazety i radia są (nie)wolne – jedynym pieskiem, który nagminnie spuszcza się ze smyczy jest internet, zmora wszelkich totalitaryzmów i cenzorski czarny sen na jawie. Zatem, zamiast gryźć rękę, która karmi, rząd woli pozbyć się największego źródła kłopotów, bezczelnego oporu i dystrybucji antytuskistowskiej propagandy.
Michał Boni, ministerialny agent do specjalnych poruczeń, którego zapytano, czy zna cyferki (odpowiedział twierdząco, więc dostał tekę – wykształciuch), tłumaczy zafrapowanym dziennikarzom, jaką interpretację Prawdy powinni przekazać swoim owieczkom, żeby to wyglądało obiektywnie. W końcu, nie jest łatwo zaprezentować stanowisko prorządowe w sytuacji, kiedy +90% Narodu opowiada się zdecydowanie PRZECIW “trudnym, ale koniecznym decyzjom”.
Sztuka manipulacji jest trudna. Trzeba tak przedstawić sytuację, żeby Widz, pomimo odczuwanej sympatii, jednak zrozumiał, że wataha wcale nie chce dla niego źle. Żeby siedząc przed telewizorem ze zrozumieniem kiwał główką, samemu powtarzając sobie argumenty Grasiów, Kopaczów, Bonich i Tuskizmów – najlepiej zindoktrynowana owieczka to ta, która przekonała się sama. Żadne nawoływania, pijary i billboardy nie zastąpią porządnych, oddanych Sprawie ideowców, którzy zasłuchali się w pomarańczowym bełkocie i teraz sami przekonują innych, że “ten rząd zrobił jednak więcej dobrego niż złego, przyznaj”.
Tylko platformersy mają doraźne sprawy i kryzysy, z którymi zmuszone są walczyć. Tylko one nagle forsują ustawy, które mogły być uchwalone dawno temu, ale wyskoczyły w dziwnie odpowiednich momentach. Tylko bojownicy spod znaku Pomarańczowego Kulfona muszą na bieżąco znać potrzeby “rynków”, żeby móc odpowiednio reagować – zwiększać podaż pieniądza, przekręcać wajchę ze stopą procentową, podpisywać “regulacje zaostrzające dyscyplinę finansową” i godzić się na kompromisy z, tfu, Obywatelami, którzy w prawdziwie demoliberalnym ustroju są traktowani jak zło konieczne – w końcu, “nie potrafią podejmować trudnych, ale koniecznych decyzji”.
Konkludując, jedynie rząd wie, na co powinieneś wydać swoje pieniądze. Jedynie rząd ma monopol na właściwą interpretację Prawa. Jedynie rząd może podpisywać kawałek papieru, żeby zaraz potem twierdzić, że to nie będzie miało żadnego przełożenia na ustawodawstwo. Zatem, po co, po co, po co? Tusek zyskałby znacznie więcej, gdyby obluzował śrubę i zmniejszył podatki, ściągając do budżetu więcej i więcej – nadal utrzymywałby rozbudowaną biurokrację i kastowe przywileje, ale nie musiałby się martwić, że wkurwiony tłum będzie mu się darł po nocach. Iście, człowiek Paradoksu, ten nasz koleżka.
ACTA w ogóle nie definiuje terminu piractwa, który to termin nie pojawia się w polskim prawie karnym. Jeżeli nie ma na coś paragrafu, to znaczy, że to jest dozwolone – pod “kradzież” spokojnie można więc podpiąć zamieszczenie na Demotach obrazka z Kwejka, namalowanie reprodukcji Krzyku Edwarda Muncha, naskrobanie na krześle podobizny chuja w kapeluszu i okularkach (aka Zbigniewa Ha) i każdą wychodzącą mutację Linuxa.
Ergo, każdy, kto powiela lub chociaż udostępnia jakąś treść, obojętnie czy to obrazek, dźwięk, artykuł, czy ichnie ustrojstwo z punktu widzenia ustawy napisanej pod ACTA jest winny – piraci, czyli “odbiera” komuś potencjalny zysk z produktu, na którym autor nie zdążył jeszcze zarobić. Ponieważ zapis jest skrajnie niejednoznaczny, sąd może sobie ustalać werdykt według własnego widzimisię, a nie Prawa. W efekcie może się okazać, że “piratem” jest osoba, która nic wspólnego z internetem i komputerami nie ma.
Spaczona wersja prawa własności rozciąga się bowiem na cały patentowy przemysł – zastrzeżone są przecież receptury leków, składniki drinków gazowanych, schematy konstrukcyjne budynków, czy choćby wiszący tam po prawej Zakaz Pedałowania, którego odtąd nie mógłby rozklejać nikt poza NOPem.
Inny złowrogi ukaz, o wymownej nazwie PIPA, jest za to kwintesencją czerwonego stylu uprawiania polityki – wieloletniego gromadzenia informacji o obywatelach, tworzenia osobnych teczek dostępnych do wglądu dla WSIowych oficerów służb specjalnych, czy wreszcie doraźnej pomocy w lokalizowaniu “potencjalnego przestępcy”. Obecnie, pałecja musi posiadać nakaz sądu, żeby zmusić usługodawcę do przekazania numeru IP i zapisu loga sieciowego konkretnej, postawionej w stan oskarżenia osoby.
Dzięki PIPie ten jakże irytujący wymóg zniknie; niepotrzebne będzie nawet podejrzenie o terroryzm i reakcyjny karlizm – ABW et consortes będą mogły bez ograniczeń przeglądać bilingi, sieciowe logi, namierzać ściągających nielegały i hyclować ludzi na podstawie Ajpi. W Polsce wywiad sięga po te dane częściej, niż gdziekolwiek w €uropie – głównie w celu podsłuchiwania dziennikarzy, szukania haków na polityków i nieustannego czuwania nad Wrogami Rewolucji. Rozszerzenie tych kompetencji w połączeniu z punktem ACTA traktującym o “nie pociąganiu do odpowiedzialności ich wykonawców” skończy się podobnie jak wyjęcie spod prawa urzędników ZUSu – samowolą i bezprawiem.
Boom i szoom wokół SOPów, ACTów i PIPów będzie trwał zapewne jeszcze przez jakiś, aż w końcu ucichnie – tak jak Smoleńsk, Occupy Wall Street, WikiLeaks i wszystkie tak lubiane przez Lud nowomody, które termin przydatności do spożycia mają raczej krótki. Większość tych wydarzeń była sztucznie podtrzymywana przez media, które dorzucały węgla do pieca i podsycały konflikty, całkowicie wyciszając afery związane z kreatywną księgowością, brakiem reform i kontrowersyjnymi ustawami.
Teraz jednak przyszła pora na coś, czego rząd ani nie zainspirował, najwyraźniej nie przewidział i z czym nie daje sobie rady – ministerialni siepacze miotają się w oszołomieniu, walą gafę za gafą, Tusku co chwilę zmienia zdanie i podaje sprzeczne stanowiska, a opozycja robi z siebie błaznów parodiując Anonymous – którzy, nota bene, nienawidzą właśnie wszelkich form władzy. Paradoks goni paradoks.
Rządowe psy szczekają; karawana jedzie dalej.