Tagi
banki, bartyzel, cykl koniunkturalny, egoizm, ekonomia, inflacja, kapitalizm, keynesizm, marksizm, rynek, socjalizm, stagflacja, teokracja
Oto mój komentarz do zdobycznych słów wielkiego proroka Prawdziwej Prawicy, Jacka Bartyzela:
http://pokazywarka.pl/bartyzel/
Toż to hańba, potwarz i kłamstwo smoleńskie w najlepszym wydaniu, powiadam.
1. Kapitalista w bartyzelowym rozumieniu jest powiązanym z polityką bankierem, który poprzez REGULOWANIE rynku i korzystne dla siebie zapisy prawa staje się de facto monopolistą – bądź dzieli się rynkiem z innymi korporacjami, na zasadzie zmowy cenowej. Nie popiera wolnego rynku ani liberalizmu klasycznego (cóż dopiero mówić o libertarianizmie), bo to oznacza spadek cen, podwyższenie płac, konieczność konkurowania oraz podnoszenia jakości usług. Taki kapitalizm = korporacjonizm. Capital z łacińskiego nie oznacza kapitału, lecz capita – jednostkę.
2. Ekonomia to pierwotnie nauka o mechanizmach sterujących rynkiem, pozwalająca władykom i panom na morgach unikać szkodliwych dla gospodarki decyzji. Dopiero keynesiści i marxiści na stałe wprowadzili pojęcie “polityki ekonomicznej” oraz “ekonomii politycznej”. Ekonomia z definicji nie powinna być polityczna, bo to oznacza uzależnienie rynku od grupki kilku lalkarzy, którym umożliwiono możliwość dodrukowywania banknotów w nieskończoność, udzielania bankom kredytów czekowych (tzw. inflacyjnych, bez pokrycia), a także finansowania wojen i imprez masowych (I WŚ, Wietnam, rozróba w Libii).
W ten sposób władza, rząd, uzależnia od siebie ekonomię – dyktując stopy procentowe, tworząc pieniądze z powietrza i użyczając ich bankom w formie nisko oprocentowanych pożyczek, a także uchwalając antyrynkowe prawa – prędzej czy później doprowadzając do występowania cyklu koniunkturalnego (okresów wielkiego boomu i wielkiej bessy), połączonego z bardzo paskudnym zjawiskiem stagflacji – jednoczesnego występowania inflacji i stagnacji, dzięki któremu ceny są wysokie, ale gospodarka się nie rozwija (tak jak podczas boomu), bo panuje również wysokie bezrobocie.
3. Niech mości Yacuś pokaże mi przykład prawdziwie wolnorynkowego polityka-populisty, który doszedł do władzy drogą demokratyczną i miał większość potrzebną do wprowadzania głębokich reform. Wcz. Małgorzata Thatcherowa się nie kwalifikuje, bo miała rozdętą politykę socyalną, uprzedzam.
Chlopaq nie wie o czym pisze, albowiem:
4. Socyaliści nigdy na oczy nie widzieli wolnego rynku, a w pamięci mieli jeszcze na świeżo XIX-wieczną epokę industrializacji, w której “krwiożerczy kapitaliści zmuszali dzieci do pracy w kopalniach po 12 godzin za mniej niż 1$ dziennie”. Za przeproszeniem, wszystkie zadymy wieku XX-tego, wieku wojen, były możliwe właśnie dzięki XIX-wiecznemu postępowi technologicznemu – oświeceniu, wynalazcom, Newtonom, Watt’om i wszystkim innym Wrightom, którzy mieli swobodne, jeszcze niczym nie skrępowane pole do badań i rozwoju.
5. “Tu i tam występuje przy tym dokładnie ta sama retoryka “ujarzmiania natury” (jako przeciwieństwa jej “kultywowania”), tylko w pierwszym wypadku ujarzmiana ma być “zepsuta” natura homo politicus, w drugim zaś raczej natura stworzona a uprawiana przez kogokolwiek “na własną rękę”, czyli niewłaściwie, bo “nieracjonalnie”"
Żaden wolnorynkowiec nie chce ujarzmiać natury ani niczyjej woli, a wręcz przeciwnie – pragnie, żeby państwo odwaliło się od ludzi i zajmowało tylko zapewnianiem bezpieczeństwa. Natura istniała na długo przed człowiekiem, na długo przed ustawową regulacją rynku, a ludzie nie zbudowali swojego dobrobytu i postępu na gruncie teokracji ani absolutyzmu – gdyby ludzkość pozostała przy tych systemach, do dziś ludzie żyliby jak Żydzi, chodząc w płóciennych szatach, mieszkając w kamiennych lepiankach i podróżując osłami tydzień z jednej wsi do drugiej.
Postęp oznacza deregulację, ponieważ biurwokratyczne normy z samej definicji nie dopuszczają żadnych innowacji, metod eksperymentowania; nakazują wręcz podążanie udeptanymi miliony razy schematami. Tymczasem, większość odkryć dokonana została całkiem przypadkowo, jak na przykład: karteczki samoprzylepne, rzepy, penicylina, syntetyczne barwniki (morweina), i tysiące innych wynalazków, które pod teokracko-urzędniczym butem nie miałyby racji i możliwości zaistnienia. W końcu, życie to tylko krótki przystanek na drodze do wieczności; po co zatem cokolwiek ulepszać i wymyślać, tworzyć i kreować, skoro za parę dekad i tak czeka mię śmierć?
Ludzie na szczęście z natury przejawiają grzeszny pęd do zarabiania jak największej ilości grzesznej mamony – będą więc szukać oszczędności, innowacji, rozwiązań jak najprostszych i najwydajniejszych – wszystkiego tego, czego w idealnym ustroju teokratycznych postsyjonistów próżno szukać. Tam wypracuje się minimum niezbędne do podstawowej egzystencji i wymuszone “wolą społeczności”, a resztę pozostawia Bogu, wołając “Panie, wyręcz mnie, bo ja wolę czytać Biblię, chłeptać wodę z rzeki i wpierdzielać korzonki, ganiając w sandałach i płóciennej todze”.
Otóż, powiadam, Pan powiedział co na ten temat myśli w przypowieści o talentach: ludzie powinni się rozwijać, rozwijać und rozwijać, jak papier toaletowy, bo stagnacja oznacza grzech zaniedbania/lenistawa/gnuśności itepe-itede-etece. Można argumentować, że doktrynerskie ortodoksy mają taki sam obowiązek – tyle, że nie będą go wypełniać, albowiem pierwszą i najważniejszą naturą człowieka jest zdrowy, naturalny Egoizm.
Ten egoizm jest motorem działania Białego Człowieka; napędza go i podsyca chęć osiągania zysków, czyli obrzydlastego chapania pod siebie jak największej ilości kapitału – a więc niejako zmusza do zarabiania pieniądzy, szukania nowych dróg poprawy stanu własnej kiesy, którą to poprawę można uzyskać jedynie przez polepszenie usług świadczonych klientom – gwarantom przetrwania wytwórców.
Dzięki niemu [egoizmowi] przedsiębiorca/pracownik może utrzymać swoją rodzinę – do cięższej pracy nie zmotywuje bynajmniej go wizja polepszenia usług świadczonych konsumentom, tylko ZAROBKU, ZAROBKU. Człowiek jest najbardziej produktywny, kiedy działa dla własnego zysku – dlatego bardziej docenia to, co sam wypracuje, dlatego przykłada się do pracy w firmie, którą sam zarządza.
Uczynienie z ludzi niewolników total-teokracji nie sprawi, że nagle zaczną się solidaryzować z “ogółem Narodu” i pracować “dla dobra wspólnego”. Nie ma motywacji, nie ma innowacji.
Tyle.

Ekonomia to pierwotnie nauka, czy wiedza o dobrym zarządzaniu własną chałupą.
Jaki grzeszny pęd do grzesznej mamony? WTF?
Acha, zapomniałem, że jesteś kacerz;P
Tak, polis i oikonomikos – wiemy, mój sssskarbie.
Pęd do grzesznej mamony, czyli, tłumacząc z katolskiego na polski: zdrowa, naturalna i zrozumiała chęć zarabiania na tym, co się wyprodukuje lub udostępni.
Yep, jako iżem haeretyk, mój nos jest szczególnie wyczulony na klerycki zabobon i liryczną ekspresję zaściankowizmu ;]
Mamona nie może być grzeszna. Może być niegodziwa, Kacerku;P
“Moja mamona – to ta, co Moja!”
Żadna praca nie śmierdzi, ale (ponoć) każda deprawuje. Klasyczny konserwofaszol ma więc wybór pomiędzy sprzedaniem się w lekkich i przyjemnych zawodach (czego uczynić nie może, bo żyje na gruncie laborystycznej teorii wartości) a deprawacją w postaci zaharowywania się na śmierć.
Nie zazdroszczem dylematu, Anonie.
Praca deprawuje? A kysz, siło nieczysta!
Kto Ci w ogóle takie bajeczki nawciskał o pracy? Kiery pastor czy inny mufti?
Nicolas Gomez-DaVilla, knypie. Zaorany, następny plizz.
Dawaj cycata, Luterku.
Ale swoją droga DaVilla byłby zdolny coś takiego pierdzielnąć. Tak, to już jest z niepracującymi dziećmi bogatych rodziców.
Nie mogem odnaleźć źródła, więc to chyba fejk. Zaskakujący pogląd, jak na samozwańczego inkwizytora miłośników abstrakcyjnej wolności.
Inspirujące wyznania młodej sekciarki: http://rebelya.pl/forum/watek/30020/?page=3
Wolę zdecydowanie Plinia, choć też miewał odloty. Ale co najważniejsze nie był tchórzliwym teoretykiem, przed światem i działaniem schowanym za książkami niczym jakiś Morlok.
Najlepiej, jak ktoś zacznie jarać się tylko jednym ideologiem bez choćby dozy krytycyzmu:)