Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , ,

Stało się. Jerzy Buzek, wielki ambasador Polszczy Ludowej w Cywilizowanym Świecie Zachodu, wybieralny* MEP z kołchoźnego parlamentu odchodzi ze stanowiska przewodniczącego. 2,5 roku temu dumni byli z niego wszyscy – od lewackich biurw pokroju Napieralskiego do kaczystowskich reakcjonistów typu Hofmana, a już najbardziej – pełowscy kalikstyni-umiarkowańcy, którzy nobilitację jednego ze swoich na “tak istotne stanowisko w strukturach Unii €uropejskiej” poczytywali za sukces osobisty.

Przewodniczący kołchozu to odpowiednik naszego rodzimego marszałka sejmu – z tym, że nie ma laski, którą może sobie puknąć, tfu, postukać o ziemię. Wybiera się go na połowę każdej kadencji, czyli 2-wa i pół roku – a ponieważ nie ma czegoś takiego jak przedterminowe wybory do PE, nowego władykę mianuje się zawsze na początku każdej kadencyi.

Zastąpi go socyal-dupokratyczny byczek Martin Schulz, przywódca S&D i nadworny krytykant każdego, kto nie identyfikuje się z neofaszyzmem promowanym przez struktury niemieckiej SPD. “Wybrano” go już 2,5 roku temu, w wyniku porozumienia chadeków i socyalistów, które to sukcesywnie eliminuje innych pretendentów do kołchoźnego tronu.

Buzek chwali się w wywiadzie, że na “misjach dyplomatycznych” objechał pięciokrotną szerokość globu, że zajął się traktatem lizbońskim i godził zwaśnione “narodowymi interesami” strony konfliktu o to, kto kogo może legalnie wydoić. Najlepiej opisuje go ten zdobyczny w sieci cytacique:

Mam wiele szacunku dla przewodniczącego Buzka – którego znam, bo razem pracowaliśmy w komisji energii i przemysłu – zwłaszcza za jego przywiązanie do UE. W czasie, gdy Unia jest bardzo atakowana i kwestionowana przez, niestety, rosnącą liczbę samych Europejczyków, potrzebujemy ludzi, którzy są zdeklarowanymi Europejczykami

Anni Podimata

Konkludując, Buzek to pełowski wzorzec osobowy: Człowiek-Kompromis, miszcz maślanego stylu prowadzenia polityki i “rozsądna opcja centrowa”, którą wszystkie partie z obawy przed kimś dla siebie bardziej niekorzystnym zgodzą się bić na monetach. Prowadził politykę ustępstw i pragmatyzmu, nie wahając się być brutalnym wobec krnąbrnych posłów z UKIP – wielokrotnie upominając, atakując i wrzucając z sali Godfreya Blooma i Nigela Farage’a – za mówienie prawdy, nie obleczonej w koncyliacyjne ozdobniki. Niemiecko-francuskie hejtery pokroju Guya Verhofstadt’a i Martina Schulza pozostały rzecz jasna nietknięte – niezależnie od tego, ilu ludzi zwyzywały od faszystów, nacyonalistów, ekstremistów i radykałów.

Ktoś taki jak George B. nie nadaje się na “czasy kryzysu”, bo nie będzie przeprowadzał żadnych radykalnych reform, a tylko dążył do utrzymana statusu quo. Koronowano go jedynie po to, żeby zamknąć usta salonowym ujadaczom, którzy na pewno chętnie wytknęliby niemiaszkom dwie kadencje z rzędu na tym samym stanowisku.

Dla mię to pokraczny idiotyzm, że kołchoźnicy tak bardzo przejmują się kwestiami narodowymi i etnicznymi waśniami, nie licząc się z kwalifikacjami, doświadczeniem w pracy w komisjach, czy też tuzinem innych pierdół, które z polityka zwykłego robią takiego z “wyrobionym temperamentem”. Liczy się to, żeby zadowolić rządy każdego z państw członkowskich, dając “ich ludziom” swoje pięć minut.

Ponieważ Polszcza Ludowa jest w €urozadupiu krajem nowym, przysługują jej specjalne przywileje – zniżki na limity CO2 i połów ryb, specjalne traktowanie w dyplomacji (czyli: mniejsza częstotliwość ataków na polskich polityków, która może być wynikiem tego, że Polska wataha praktycznie nie liczy się wśród watah międzynarodowych), a także “pilotażowe programy”, takie jak system prewencji instalowany w kamerach monitoringu miejskiego za 15 mld €uro, czy też programy analizujące ruch w sieci pod kątem “nieprawomyślnych” treści.

Martin Schulz, gdyby go ubrać w bawarski strój ludowy, nie odróżniałby się od stereotypowego niemiaszka – aroganta przekonanego o wyższości swojej Rzeszy i agresywnego dominatora, narzucającego swoje przywództwo landom ościennym. Czego Hitler nie zdołał dokonać zbrojnie, to Merkele i Schultze załatwią ekonomicznie – narzucając niemiecki styl prowadzenia polityki i władzę kanclerskiego tandemu Ciocia Aniela und Wujek Mikołaj.

Teraz już nawet najbardziej naiwni fanatycy €urononsensu nie mogą bezkrytycznie wierzyć, że ta aeternia, za jaką uważano unijne instytucje, jest wieczna i niezniszczalna. Ideę, wiarę w Świętą Tolerancję i Tęczowe Multikulti zastąpią więc pragmatyzm, chłodne wyrachowanie i kalkulacje, jak przedłużyć życie pacjenta nieuchronnie skazanego na śmierć.

Imperium Rzymskie zaczęło chylić się ku upadkowi właśnie wtedy, kiedy przestało się rozrastać – po szczycie potęgi w okolicach 300 RNE nastąpiło oddawanie kolejnych prowincyj hordom barbarzyńców, na czele z brutalnymi wojskami Saxonów. Pierwszym landem, który formalnie oddzielił się od Cesarstwa była Brytania – tworząca razem ze Szkocją, Irlandią i Walią Zjednoczone Królestwo.

Znamienne, że to właśnie Wielka Brytania może być pierwszym krajem, który opuści tę pijawczą zgraję pasożytów i powróci do własnych – cokolwiek całkiem zdrowych i jak na warunki €uropejskie nieskorumpowanych – instytucyj. Angielska gospodarka do AD 2020 spokojnie może wyprzedzić niemiecką i wysunąć się na czoło kontynentu.

Taka zmiana układu sił oznaczałaby jednak znaczące przesunięcie osi wpływów Berlin-Paryż na Londyn i samo City, co dla sługusów przesiąkniętej korupcją i federalizmem instytucji jest rzeczą iście nie do pomyślenia. Jak to, mielibyśmy przestać doić Angielczyków z 50 mln €uro dziennie?! Mielibyśmy stracić dostęp do 80% połowu ryb wokół brytyjskich wód terytorialnych?! Mielibyśmy pozwolić im na, tfu, prowadzenie “własnej polityki zagranicznej”? Tfu, tfu, tfu! Doić, kroić, wysterylizować!

Brytyjczyków, tradycyjnie z dziada pradziada “€urosceptycznych” wyzywa się od egoistów, ostentacyjnie ignoruje w salonowych debatach i z premedytacją zmienia język dyskusyj z angielskiego na inne, narodowe – specjalnie po to, by dopiec anglosaskim politykom, przyzwyczajonym, że mogą używać języka ojczystego w debatach międzynarodowych.

Te wszystkie działania pokazują, jak wielka jest nienawiść €urosalonowych ideowców – tak, tak, takowy gatunek o dziwo też istnieje – do każdego, kto ośmieli się zakwestionować ich święty, €uropejski sen. Dla każdego, kto choćby napomknie o referendach, interesach narodowych i zdrowej polityce fiskalnej przygotowane jest tylko jedno – bat przewodniczącego i nakaz wyjścia z sali pod groźbą przywołania funkcjonariuszy i powalenia na ziemię.

Jeżeli Wielka Brytania opuści Wielki Kołchoz – a wszystko wskazuje, że w najbliższych latach tak – to będzie to pierwszy poważny cios zadany machinie, która zatrzymała rozwój tego kontynentu i trzyma go w okowach błękitnego absurdu, pędząc szeroką drogą w kierunku neokomunizmu i przekręcając oś wpływów świata dalej na wschód – w kierunku Chin, Indii i USA.

Co zrobią osierocone frakcje socyal-dupokratów z messere Schulzem na czele? Na kim będą wyładowywać swoją nienawiść, swoją frustrację i niemożność sięgnięcia do kiesy kraju, który zeszczał się na ich totalitarne buty? Kogo jeszcze wybiorą sobie na kozła ofiarnego, żeby przykryć deficyt miliardów funtów posłusznie dostarczanych im przez brytyjskich podatników?

Nie ma już kogo doić. Dzisiaj w Faktach jakiś łże-profesina, medialny pierdoła roztaczał wizję federalnego państwa €uropejskiego, rozszerzonego o Rosję i Ukrainę. To dla mię iście wspaniała chwila – choć raz mogę poczuć się lepszy od kogoś, kto zmarnował lata życia na bezużyteczne studia, dzięki którym może teraz błysnąć przed kamerą i stwierdzić, że Rosja przyłączy się do tonącego, sterowanego przez piracką bandę obłudników okrętu, z którego tylko nieliczni pragną się wydostać. Że Rosja porzuci swoje ymperialistyczne zapędy, nagle zacznie respektować konwencję haską i prawa człowieka, że podporządkuje całą swoją politykę fiskalną, monetarną i wojenną juncie brukselskich bojarów, z których  żaden nie poznał jeszcze słów “inflacja”, “aksjomat”, “wolny rynek”, czy “suwerenność”.

Na kilka minut przed trzęsieniem ziemi szczury wyczuwają, że tam poniżej, głęboko pod nimi drży ziemia. Zaczynają piszczeć i w panice uciekać z ciemnych nor, uciekając gdzie popadnie i zabierając tyle młodych, ile zmieszczą w zębach. Tak samo przed tsunami, czy wybuchem wulkanu.

Nasze szczurasky to stare wygi, pasożyty siedzące w polityce od bez mała 30-tu lat i szczególnie wyczulone na “niepokoje na rynkach”. Z pewnością potrafią przewidzieć lub opłacić kogoś, kto przewidzi nadciągającą katastrofę – ewakuując się w odpowiedniej chwili, i z odpowiednią ilością “młodych” w zębach.

Martin to tylko trybik, kolejny knypek w trwającej od prawie 40-tu lat machinie socyal-pasożytów, która – jak każdy system oparty nierynkowych zasadach – w końcu musi upaść. W Polsce komunę zastąpiono systemem hybrydowym, który beneficjentów poprzedniego ustroju nie tylko nie osądził, ale wręcz gloryfikował i obsadził na stanowiskach. Wszystko odbywa się stopniowo – kiedy bankrutuje jedna nieludzka dyktatura, tęgie głowy z aparatu bezpieczeństwa zaraz konstruują kolejną; jeszcze wymyślniejszą.

Pozostaje pytanie: co przyjdzie po Unii €uropejskiej?


* gwoli wyjaśnienia: posłowie i €uroposłowie [MEPy], a także amerykańscy kandydaci na prezydenta dzielą się na wybieralnych (ang. electable) i niewybieralnych (non-electable). Do tych pierwszych należą populiści, wrażliwi lewicowi intelektualiści, sługusy reżimu i socyal-dupokratyczne ciepłe kluchy, ewentualnie – umiarkowani kalikstyni. W drugiej kategorii mieszczą się kontestatorzy systemu; bojownicy o Prawdę i Sprawiedliwość, niewygodne osobniki, dla których w dzisiejszym, Postępowo-Solidarnym świecie nie ma już miejsca.