Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Towarzyszyca Kopaczowa jest w rządzie Największego i Jedynego Płemieła III RP absolutną świętością. Nie wolno jej tknąć, nie wolno jej krytykować, nie wolno jej zwolnić ani zdegradować na gorsze stanowisko. “Za zasługi” otrzymuje kolejne posady, a ponieważ kwalifikacji ma tyle, co impotent do robienia dzieci, po każdym zajmowanym urzędzie pozostawia tylko długi, tonę regulacji i morze korupcji.

Donaldu ją chroni, na posiedzeniach rządu złego słowa nie da powiedzieć, a nawet pozbył się Schetyny, swego (byłego) zaufanego przybocznego pucybuta i zastępcy, między innymi właśnie za najeżdżanie na godność Jej Majestatu. Decyzje wymuszane płaczem, krzykiem, groźby że “odejdę”, trzaśnięcia drzwiami… Kobiece atuty wykorzystuje do maximum.

Słońce Peru, jak każdy Wielki Wódz, musi mieć jakieś słabostki, a tak się jakoś dziwne składa, że kobieta działa na mężczyznę jak woda na wapno. Tuskq liczy się z jej zdaniem i przenosi ją ze stołka na stołek, bo to idealna kukiełka – wielbi go jak bóstwo, w niczym mu nie zagraża, jest bezwarunkowo lojalna wobec Kiesy i zupełnie nie ma kręgosłupa politycznego – a więc mianując ją marszałkiem, Naczelny Piłkarz III RP nie ryzykuje, że wyrośnie mu pod bokiem potężny lider.

Jako Ministerka ds. Zdrowia wsławiła się wieloma koszykami, wieloma reformami, m.in. brakiem działania w sprawie szczepionek przeciwko świńskiej grypie, co paradoksalnie przyniosło jej sławę i międzynarodowy rozgłos oraz doskonale wpisało się w rządową strategię 4-letnich planów nicnierobienia.

U schyłku swej tyrańskiej dyktatury doprowadziła resort “opieki” zdrowotnej do opłakanego stanu, w którym każdy szpital ma przynajmniej 100 tysięcy złotych długu, kontrakty pokrywają koło 40%-tu zapotrzebowania na leczenie, rokrocznie każdego grudnia lekarze toczą batalię o renegocjację umów z centralą, a kalendarzyk na zabiegi zapełniony jest pół roku naprzód.

Najgorszy i nawet z pragmatycznego punktu widzenia (bardzo na salonach popularnego) nielogiczny numer wycięła w związku z wycofaną przez Bartusia A. ustawą zamieniającą lekarzy w odpowiedzialne za swoje decyzje biurwy – zamiast leczyć, wypisują papierki, a jeśli przypadkiem omsknie im się literka, to z recepty chuja, z pracy chuja, nie wspominając już o napastowaniu przez urzędasów ze skarbówki, żądających zwrotu “zagrabionej” mamony.

Dziś, zapytana o swoje wcześniejsze decyzje, które Arlukovich był zmuszony “pod pręgierzem Opinii Publicznej” odwołać, tak oto haniebnie umywała ręce:

Zauważcie jak państwo i jego sługusy podporządkowały sobie niemal każdą dziedzinę gospodarki, co i rusz łamiąc elementarne prawo Własności – logiczną podstawę dla Wolności i Sprawiedliwości. Jaką to mamy “darmową służbę zdrowia”, skoro pożera ona 40 mld złotych rocznie? Gdzie tu wolny rynek i konkurencja, skoro państwo ma monopol na pacjentów (czyli: klientów), zdziera z każdego co się da i kontroluje prywatne lecznice, swoimi wymogami i normami podwyższając i tak już wysokie koszty leczenia?

Gdzie tu wolność wypowiedzi i prasy w mediach, skoro rząd uzurpuje sobie prawo do decydowania na przykład o ilości polskich piosenek puszczanych przez stacje radiowe. Tak samo z telewizjami i kanałami informacyjnymi – powołując się na mitologiczny zapis o “neutralnym punkcie widzenia” (kłania się wikipedystyczny NPOV) i poprzez system koncesji zmusza producentów do nadawania takich audycji, jakich życzy sobie ustawa, a nie Właściciel, który właścicielem swojej firmy jest w zasadzie tylko z nazwy.

Przepisów prawa podatkowego i biurwokratyczne normy występują bowiem w takiej obfitości, że nie ma siły, żeby każda firma obyła się bez złamania chociaż JEDNEGO paragrafu. Rząd nie musi sprawdzać wszystkich przedsiębiorstw i zazwyczaj tego nie robi, ale ma gotową broń na osoby kontestujące system.

Urzędnicy mogą skrupulatnie obliczyć zeznania podatkowe niewygodnej osoby, mogą przeprowadzić audyt, rozliczyć z dochodów na firmę, wezwać SANEPID lub po prostu wlepić karę pod pretekstem złamania jednej z tysięcy urzędniczych regułek – mają wygodnego haka na każdego.

Podobnież, rząd ma się za wielką radę mędrców i próbuje ustalać, które czynności, produkty i usługi są “moralne”, a które “niemoralne”. Tych drugich się zakazuje, a te pierwsze, po uzyskaniu legislacyjnej akceptacji Dyrektoriatu uchodzą niemal za świętość. Wystarczy orzec, że są “zgodne z Konstytucją”, a każdy dopisuje je sobie do Dekalogu.

Zakazane są narkotyki, mimo że ich zażywanie jest całkowicie dobrowolne, a badania przeprowadzone w kilku krajach udowadniają, że prohibicja tylko zwiększa apetyt, pogarsza jakość produktu i winduje ceny w górę, dając zarobić międzynarodowym kartelom handlarzy narkotyków – którzy mają bardzo konkretny interes w tym, żeby żaden rząd, a już szczególnie pany z Białego Domu, nie ośmieliły się żadnych her, marysiek ani amfetamin “zalegalizować”. Monopolista dyktuje ceny i wcale nie ma ochoty na utratę swojej pozycji.

Podobnie ma się sprawa, jak jużem wcześniej rzekł, ze służbą zdrowia – ustalając sztywne, arbitralne prawa, nakazy i zakazy dla “publicznych” klinik i szpitali, rząd myśli, że normy te będą przestrzegane. Prawda jest taka, że żadna państwowa firma nigdy nie dorówna prywatnej – z prostego względu, że nie zależy jej na zysku, a pracownicy nie są odpowiedzialni za jej stan finansów. W dodatku, nie może upaść i zazwyczaj jest na swoim terenie monopolistą.

Wszystkie takie instytucje można sprywatyzować, teoretycznie zarzynając problem.  Sądy, policja i wojsko muszą jednak zostać, bo wolny rynek nie sprawi, że prywatne korpusy wojskowe i agencje policyjne nagle zaczną przestrzegać jednego-jedynego prawa, a sędziowie będą skazywać w oparciu o ustalane arbitralnie prawo. Nie ma, hulanki i swawole, mój sssskarbie. A na to mojej zgody nie ma i nie będzie, bo kupa sodomizmów i gomoryzmów pozostanie bezkarna; pojawią się też odstępstwa od libertariańskich zasad wolnej woli i wolnego rynku.

Państwo, urzędnicy i biurwokasta ze Słońcem Peru na czele, a Ewą Kopaczową po stronie łożnicy decydują sobie, jak najlepiej wydać obywatelskie pieniążki. Obywatel poprzez podatek dochodowy i wszystkie podatki pośrednie oddaje warszawskim bandytom koło 84% dochodów – wynika z tego, że przez większą część roku wszyscy zapierdalacie za darmo, ale dostajecie wypłatę, uszczuploną już o stosowny grosz, którą potem wydajecie na to i tamto – tonę węgla trzeba kupić, kartę doładować, po chleba i masełko do sklepu iść…

Podatek dochodowy jest najgorszą i najbezczelniejszą formą bandytyzmu, bo zdziera z ludzi żywy pieniądz i odbiera im motywację do zarabiania, jednocześnie oferując (zamierającą w tym kraju) kuszącą alternatywę – pierdź w stołek, rób dzieci, na każde dostaniesz zasiłek, zarejestruj się w urzędzie pracy i trzep kasę.

Mało bo mało, ale też bym chciał nie robić nic i jeszcze dostawać za to pieniądze. Jeżeli rząd płaci ludziom za to, że grzeją ławę, to dlaczego później lamentuje i jęczy jak Niobe, kiedy ma wysokie bezrobocie? Zachęcanie ludzi do zwieszania się na barku państwa tylko ich rozleniwia, skłaniając do braku aktywności.

Powiecie może: ale panie, co pan na ten temat wiesz, nigdyś pan nie był na zasiłku i nie wiesz pan, jak to jest nie mieć co do garnca włożyć, i dlaczego zostawiasz pan tych biednych, samotnych ludzi, którym się powinęła noga bez pomocy?

Na ten, jakże brutalny argument istnieje Jedyna Słuszna odpowiedź: ponieważ niemoralnym, bandyckim i niesprawiedliwym jest zabieranie pieniędzy jednym i oddawanie ich drugim – nawet jeśli są biedni, jeśli zdychają z głodu i nie mają dychy na papieroska. Z jakiej racji ludzie, którym się w życiu powiodło, którzy się całe lata kształcili i znaleźli dobrą pracę mają łożyć na utrzymanie nieszczęśników, nierobów lub nieudaczników? I to w dodatku pod przymusem?

Nikt nikogo nie zmusza do dobroczynności. Jeśli ktoś chce, może oddawać swoją wypłatę komu zechce, każdemu bezdomnemu, który się napatoczy, może dotować indywidualne osoby lub regularnie doić konto jakiejś fundacji. Gdyby było inaczej, natychmiast podniósłby się słuszny raban, że rząd kradnie i rozdaje nie swoje pieniądze. Dlaczego takie samo działanie, tylko w formie bardziej zawoalowanych podatków, dotacji i zasiłków jest nie tylko tolerowane, ale i afirmowane?

Rząd na tym zarabia. Ściślej, zarabia utrzymując pasożytniczą kastę, która rok w rok razem ze swoimi rodzinami idzie do urn i głosuje na tego, kto na codzień rzuca jej kiełbasę do stóp. Urzędasy głosują na Peło, rolnicy na Peesel, lewackie hieny i byli ubecy na Eselde, a młodzi-zdolni-z-wielkich-miast-którym-nie-dano-poruchać na Ruch Palikmiota.

PiSiory mają swój tradycyjny beton, katofaszystowską zgraję pełną namaszczonych przez boga (na pewno nie chrześcijańskiego) imbecyli gospodarczych i analfabetów politycznych, którzy myślą, że jak dostatecznie długo będą powtarzać “niebo jest zielone, niebo jest zielone, czemu kurwa niebo nie jest zielone?”, to nagle stanie się cud i będzie po ichniemu. Hurraoptymizm, powiedzą życzliwi. Ja rzeknę: hurradebilizm i prosta droga do politycznego samobójstwa.

Rządy hunty Yarosława miały być właśnie przeskokiem z tej skorumpowanej, znienawidzonej przez wszystkich III RP do RP IV-tej, zreformowanej i wolnościowej. Jak się okazało, słowa PiS i wolny rynek to zwykłe oksymorony, toteż zdezorientowani liberalni wyborcy zostali na lodzie – zmuszeni do wyboru pomiędzy jednym mniejszym złem  a drugim (przy czym, nie szło stwierdzić, które większe od którego).

UPR się co prawda dostał do parlamentu w ’93-cim, ale to było dawno i na chwilę, a korwiny się wtedy specjalnie reformami nie popisały. Uchwała lustracyjna to “sukces”, ale tylko papierowy – nikt nie został sprawiedliwie osądzony. Wczorajsze dziwki mają autorytet; dzisiejsze dziwki są gwiazdami.

Jak się to wszystko ma do początku wpisa, do ministerki Kopaczównej, płemiełowej faworyty i uciśnionych znachorów? Ano, jeszcze nie wiem. Ale podejrzewam, że Donaldinho wie aż za dobrze.