Tagi
akwinata, ekonomia, libertarianizm, państwo, praca najemna, przymus, tolerancja, tragedia wspólnego pastwiska, własność użytkowa, zysk
Pytanie, które postawiłem w tytule zabrzmi zapewne jak oksymoron. Przyzwyczailiśmy się bowiem, że kradzież – obok morderstwa – stanowi jedną z najbardziej potępianych praktyk społecznych w historii. W każdej niemal cywilizacji, począwszy od prymitywnej kultury czasów rewolucji neolitycznej, poprzez pierwsze nowożytne społeczeństwa mieszczańskie, skończywszy na zglobalizowanym świecie doby współczesnej budziła i budzi ona jednoznacznie negatywne konotacje.
Gdyby tak postawić złodziejowi pytanie „Dlaczego kradniesz?”, odpowiedziałby najpewniej, że lubi, bądź tak jest mu wygodniej, niż gdyby miał podjąć się uczciwszej pracy. Inny wskazałby na życiową konieczność, np. biedę, niskie zarobki rodziców i związane z tym braki w wykształceniu, albo obwinił lokalny rynek pracy, który nie daje perspektyw. Ilu złodziei, tyle dokładnie powodów, dla których ludzie decydują się zaryzykować skok na cudzą własność.
Zamierzam zastanowić się teraz nad przyczynami takiego stanu rzeczy, co stanowi etyczną, a poniekąd i ekonomiczną, motywację do kradzieży. Jedną z nich jest nieodmienne łączenie jej z przymusem – w konsekwencji zawłaszczeniem cudzego dobra bez przyzwolenia właściciela. Ograniczona ilość zasobów naturalnych i wszelkiego typu dóbr rzadkich sprawia, że posiadacz danego dobra będzie miał w razie jego utraty trudności z uzyskaniem duplikatu identycznego przedmiotu, bądź jest to niemożliwe ze względu na jego unikatową specyfikę.
Przymus jest więc czynnikiem, który motywuje właścicieli do ochrony stanu swojego posiadania. Obawiają się oni nie tyle utraty samego dobra, co konsekwencji, które ta utrata może spowodować w przyszłości. Można się spodziewać, że im wyższa jest subiektywna wartość takiego produktu, tym silniejszy opór stawiać będzie jednostka, jednostronnie postawiona przez agresora w sytuacji zagrożenia.
Inną przesłanką, która determinuje opór posiadaczy w przypadku kradzieży jest to, że prawo własności jest przez ludzi pojmowane swoiście już od najmłodszych lat, nie wymaga w tym zakresie żadnej edukacji i stanowi przykład mechanizmu ewolucyjnie „wbudowanego” w naturę człowieka. Intuicyjnie wiemy, co należy do nas, głośno protestujemy i podejmujemy działania, żeby użytkowanej lub prawnie przypisanej do nas własności bronić.
Moim zdaniem, wyraźna separacja właściciela jakiegoś dobra – czy jest to gospodarz na roli, biznesmen w przedsiębiorstwie prywatnym, tudzież klient, który nabył jakiś towar jest korzystna zarówno pod względem efektywności w wykorzystaniu tego dobra, jak i w ujęciu etycznym. Osobista odpowiedzialność oraz perspektywa przyszłych zysków, które można odnieść w wyniku użytkowania takich dóbr sprawiają, że są one alokowane w sposób bardziej rozsądny i wykorzystywane z większym zaangażowaniem niż dobra, do których nie mamy pełni praw własności.
Doskonałą ilustracją zachowania wręcz przeciwnego jest przykład tragedii wspólnego pastwiska (ang. tragedy of the commons), która opisuje zjawisko nadmiernej eksploatacji dóbr publicznych w celu odniesienia jednostkowej korzyści kosztem wszystkich innych członków społeczności, która z tego dobra korzysta. Mimo, że zjawisko kradzieży formalnie nie zachodzi – własność publiczna nie należy tak naprawdę do żadnego z jej użytkowników – to osobiste działanie jednego z nich, nakierowane na maksymalizację zysków przy jednoczesnym nie liczeniu się ze stratami dla całej społeczności, pozbawia ją możliwości dalszej eksploatacji takiego zasobu.
Bezpośrednią przyczyną kradzieży jest więc ograniczona podaż dóbr oraz chciwość, w ewolucyjny poniekąd sposób wpisana w naturę człowieka. Tak długo, jak ogranicza go umowa społeczna, dobrowolny kontrakt, który zgodził się „podpisać” swoją zgodą, postępować będzie progresja danej społeczności. Naturalny popęd do zawłaszczania cudzego majątku ograniczać mogą zaś dwa czynniki: perspektywa przyszłych korzyści oraz strach przed możliwymi reperkusjami takiego postępowania; przy czym nie muszą się one wyrażać tylko w groźbie fizycznej agresji, może to być np. obawa przed wstydem, gdyby wyszło na jaw, że ta osoba jest złodziejem.
We wszystkich istniejących obecnie religiach występuje jakaś mutacja wywodzącego się z mozaizmu „Nie kradnij”. Przez wieki, była to podstawowa norma moralna, umożliwiająca istnienie procesu wymiany i względnie pokojowego rozwoju cywilizacji. Pomimo tego, że do rozwiązywania problemów z nią związanych zaprzęgano aparat państwowy, który łapał i karał złodziei, to nie prawo stanowi clue postrzegania jej przez społeczeństwo, a właśnie moralność. Od małego jesteśmy na różne sposoby bombardowani informacjami o szkodliwości zawłaszczania cudzego mienia. Większość argumentów odwołuje się do podstaw etyki, tego jądra, które próbuje w aprioryczny sposób dowieść, że kradzież jest niemoralna. Niebagatelny wpływ na jej postrzeganie posiada religia, która dopuszcza jednak liczne, czasem obwarowane warunkami wyjątki od tej reguły. Legitymiści uważali, że władza królewska jest po prostu przedłużeniem władzy Boga na ziemi, dopuszczali więc redystrybucję dóbr poddanych na potrzeby korony. Tomasz z Akwinu w swojej „Summie Teologicznej” wyłożył koncepcję wojny sprawiedliwej, autorstwa biskupa Augustyna z Hippony, która w niektórych wypadkach dawała władcy, jak i pojedynczym żołnierzom prerogatywy do zabijania i zawłaszczania cudzych dóbr, ustanawiając jednak kanon, którym powinni się kierować. Większość odłamów indyjskiego hinduizmu uznaje istnienie kast, zaś ludzi, którzy znajdują się poza nim – dalitów, zwanych popularnie pariasami, traktuje się w Indiach jako nietykalnych, pozbawionych wszelkich praw osobników postawionych poza nawiasem społecznym.
Ciekawy przykład na stanowisko „przeciw” wyzute kompletnie ze względów etycznych jest ujęcie utylitarystyczne, które poucza nas, że takie postępowanie w dłuższej perspektywie nie popłaca, bowiem w każdej chwili możemy zostać złapani i osądzeni, zarówno przez organy państwowe, jak i same ofiary. Czynniki ryzyka kumulują się i wzrastają z każdym dokonanym przejęciem czyjegoś dobra; rośnie szansa, że ktoś wreszcie postanowi dokonać na nas aktu zemsty bądź restytucji mienia. W trosce o samych siebie powinniśmy się zatem wyrzec nadmiernych ambicji i przestrzegać prawa, tak aby uniknąć potencjalnej kary.
Według mnie, najlepszy argument za tym, aby nie zawłaszczać cudzej własności można wywieść z pozycji prawo-naturalistycznych. Nie stoi za nim żadna groźba siłowa, nałożony z góry, mityczny obowiązek ani wyrafinowana koncepcja prawna, tylko zwykła etyczna uczciwość. Prawo każdego człowieka do posiadania samego siebie, jak i całości swojego słusznie uzyskanego majątku determinować powinno jego postępowanie wobec innych oraz, vice-versa, oddziaływanie zwrotne innych ludzi, które wzajemnie szanują zarówno ciała, jak i stan posiadania innych jednostek. Czynią tak niezależnie od tego, jakie konsekwencje może przynieść kradzież, na ile oszacują reperkusje związane z jej wykryciem i penalizacją, albo spodziewanymi korzyściami. Standardowym scenariuszem w tych wypadkach, kiedy własność jednego koliduje z własnością drugiego są negocjacje, bez odwoływania się do siły, bądź groźby użycia aparatu przymusu.
Aby prawo naturalne nie było jednak tylko czczą, spisaną na papierze brulionową koncepcją, należy doprecyzować, jakiego rodzaju dobra uważam za słusznie uzyskane. Najprościej zobrazuję to historią drwala, który posiada dom na skraju lasu i postanawia założyć gospodarstwo. W tym celu wycina kawałek lasu, i przygotowuje ziemię pod uprawę, resztę pola znajdującego się w sąsiedztwie drogi pozostawiając jako ugór na przyszły rok. W tym momencie na scenę wkracza drugi rolnik, który orze i obsiewa kawałek pozostawiony przez drwala. Możemy w tym przypadku wyodrębnić dwa rodzaje własności, wspomniany już przeze mnie wcześniej majątek słusznie uzyskany oraz zasoby naturalne, pozostawione jeszcze w stanie faktycznego nieużytku. Z punktu widzenia pierwszego obszarnika takie postępowanie może być traktowane jako zawłaszczenie, bowiem miał on już konkretne plany na przyszłość, związane z zagospodarowaniem tego skrawka ziemi. Pojawienie się konkurenta wzburzyło jego spokój, stawiając go w perspektywie „utraty” dobra przyszłego – koszt alternatywny okazał się dla niego wysoki. Jeżeli może w ogóle mówić o swoim ‘prawie’ do ziemi, to jest nim z pewnością praca, którą włożył w uprawę i oczyszczenie z drzew swojej części pola. Druga część pozostała faktycznie niezagospodarowana, co umożliwiło swobodne jej przejęcie. W obecnym systemie każdy właściciel znajduje się w posiadaniu aktu normatywnego, który „poświadcza” jego tytulaturę i wyłączne prawo do rozporządzania na danym terenie; stanowi także podstawę do usunięcia go przez aparat przymusu, w razie gdyby ten przywilej naruszył.
Koncepcja prawa naturalnego wychodzi poza standardowe prawo własności, które wydaje się nie istnieć bez groźby realnej bądź potencjalnej agresji, która za nim stoi. Faktyczną ochroną obejmuje tylko te dobra, które znajdują się w aktywnym użyciu i mają swoją legitymizację we włożonej doń pracy, rozumianej również jako pieniądz. Co to oznacza? Że ciastko, które kupiłem w sklepie stanowi ekwiwalent ceny podyktowanej przez piekarza, zaś moja praca jej równowartość. Dokonuję transakcji pośredniej przy użyciu pieniądza, lecz wymieniam tak naprawdę swoją pracę na produkt wytworzony dzięki pracy innych. Z tego powodu, jako właściciel, będę podchodził bardzo negatywnie do pomysłu odebrania mi mojej własności, cenił ją i stawiał opór w jej obronie. Analogiczną sytuację możemy rozciągnąć na wszystkie dziedziny aktywności gospodarczej, ponieważ one nierozłącznie wiążą się z pracą i włożonym w nią trudem, który niejako stawia posiadane przez nas dobra wyżej w subiektywnym odczuciu, bowiem włożyliśmy w ich uzyskanie czas i energię.
Jakie konkretnie przełożenie na życie społeczne miałaby taka koncepcja? Moglibyśmy rościć sobie prawo tylko do dóbr, które znajdują się pod naszą bezpośrednią kuratelą, i zostały przekształcone w wyniku naszej działalności, przekazane nam wolą uprzedniego właściciela, bądź nie zostały przez nas wytworzone, ale kupione za pracę, lub też użytkowane w stałym okresie czasu. To właśnie użycie i praca stanowią jedyną legitymizację prawa własności, i jako takie są przeciwieństwami kradzieży – zawłaszczenia dobra bez żadnych, albo z niewystarczającymi, podstawami, aby tak czynić. Aby taki model wprowadzić w życie, z oczywistych względów wymaga on zniesienia dzisiejszego, monopolistycznego systemu administracyjno-prawnego, który daje wielu podmiotom przywilej zarządzania własnością przezeń nieużywaną. Zupełnie dopuszczalne z punktu widzenia etycznego (i realiów!) stałoby się wtedy zagospodarowanie nieużytku, takiego jak w przykładzie użytym powyżej, jak również objęcie kontroli przez pracowników nad swoim zakładem pracy. Obecny system konserwuje te przywileje, nadając monopolistom prerogatywy w postaci możliwości i groźby użycia przymusu wobec jednostek naruszających ich papierową własność.
Nie chciałbym jednak, aby tego rodzaju rozumowanie było traktowane w kategoriach absolutnych, w rodzaju twierdzenia, że obecny stan rzeczy jest efektem tylko i wyłącznie przywilejów, jakie zostały nadane wielkim posiadaczom i bez jego pomocy nie tylko zanikłby zupełnie, ale nigdy by nie zaistniał. Jest to nieprawda. System pracy najemnej, mimo swoich wad oraz oczywistych tarć natury moralnej, umożliwia wielu ludziom, którzy w obecnej sytuacji byliby niezdolni do prowadzenia działalności gospodarczej, na zarobek oraz zdobycie koniecznego w swojej branży doświadczenia. Może to w konsekwencji zaowocować emancypacją najbardziej doświadczonych jednostek i założeniem przez nich spółek, które będą w stanie utrzymać z samodzielnej pracy. Najczęściej jednak, widząc potencjalne korzyści i przywileje, które daje system pracy najemnej, decydują się zatrudnić pracowników i obracać monetą uzyskaną z wygenerowanych przez nich przychodów.
Dochodząc w tym momencie do kluczowego punktu, chciałbym cofnąć się do wstępu oraz pytania postawionego w tytule: Czy kradzież może być dobrowolna? W języku polskim to zdanie może mieć kilka różnych znaczeń, nieznana jest bowiem tożsamość złodzieja oraz jego ofiary; innymi słowy, nie wiadomo, kto komu sięga do kieszeni. Ściśle wiąże się to z twierdzeniami podanymi przeze mnie powyżej. Jeżeli mamy świadomość, że pracownik najemny nie otrzymuje pełnej wartości wyprodukowanych przez siebie dóbr, przez które rozumiemy oczywiście nie tylko ziemniaki albo kapustę z pola, ale też, a może przede wszystkim: usługi i dobra będące wynikiem przekształceń surowców, które już ktoś wcześniej poddał obróbce, to naturalnym pytaniem, które musimy sobie postawić brzmi – czy praca najemna to kradzież?
Temat ten jest tak obszerny, iż mógłby być tematem pracy naukowej, i znacznie wykracza poza zakres mojej wypowiedzi, skupię się zatem tylko na procesie dojścia do konkluzji, która mogłaby nam przybliżyć, jaka jest właściwa odpowiedź na to pytanie. Praca najemna, jak również wszelkie formy zawłaszczenia ziemi niebędącej de facto w stanie użytku stanowią przykład redystrybucji. Jestem w stanie arbitralnie uznać, że użycie siły wobec rolnika, który postanowi uprawiać rolę na znajdującej się w granicach naszych papierowych włości ziemi jest moralnie niegodziwe, jednak nie mogę powiedzieć tego samego o studentce, która zatrudnia się w lokalnym kiosku, żeby dorobić na studia. Granice są tu bardzo płynne; trudno je jednoznacznie umiejscowić na osi „dobro-zło” i jeszcze przeciwstawić im w ramach dychotomii pracę własnych rąk. Jeżeli pracodawca, bądź też pracobiorca – można używać tego określenia wymiennie, ale będę faworyzował od teraz skrót myślowy „posiadacz” – przedstawi pracownikowi jasne, choć zazwyczaj niekorzystne, warunki współpracy, a on udzieli na nie nieprzymusowej zgody, bo widzi w takim układzie korzyści, wtedy można uznać, że taka wymiana jest moralnie czysta. Częściej jednak zachodzi zjawisko uznania „mniejszego zła”, jakim jest praca najemna za konieczność, bowiem to pracodawca posiada środki produkcji – rozumiane tutaj jako wszelkiego rodzaju sprzęt, elektroniczny, jak i mechaniczny, know-how, ziemię (lokal) oraz, dzisiaj już raczej z rzadka, bazę surowcową. Posiadacz nie ma pojęcia, że jego przywilej opiera się na pewnego rodzaju carte blanche, które daje mu rząd, systemie konserwującym prawa własności w rękach takich jak on. Wbrew pozorom, nie czyni go to a priori złodziejem, jak również jego pracownik nie staje się od momentu podpisania umowy okradaną ofiarą. Jest to kwestią tylko i wyłącznie subiektywnych odczuć obu stron. Pracownik powinien mieć sposobność, by w pewnym momencie, w razie gdyby przestały odpowiadać mu warunki zatrudnienia, zerwać umowę, bądź po prostu „przywłaszczyć” sobie środki produkcji, którymi posługuje się na co dzień. Takie wypadki jednak często uniemożliwia państwo, które honoruje dokumenty, jakimi posługują się posiadacze, aby udowodnić swoje „prawa” do konkretnej własności. Pracownicy i robotnicy spotkaliby się więc z represjami, gdyby próbowali przejąć użytkowane przez się środki produkcji, bądź też po prostu zerwać umowę w momencie, w którym klauzula w dokumencie tego zabrania.
Reasumując, w mojej opinii odpowiedź na pytanie, czy ktoś może zostać z własnej woli okradziony brzmi: zdecydowanie nie. Domniemana „kradzież” przestaje być w takim wypadku przestępstwem; traci swój redystrybucyjny charakter i staje się po prostu umową społeczną pomiędzy posiadaczem, a jego pracownikiem: „Płać mi co miesiąc taką a taką sumę pieniędzy, a ja będę dla ciebie pracował”. Takiej transakcji nie można by było niczego zarzucić od strony etycznej, jednak obecny system czyni takie uzgodnienia co najmniej nie do końca dobrowolnymi, bowiem można domniemywać, że część pracowników zrezygnowałaby z pracy najemnej na rzecz jakiejś innej formy działalności gospodarczej; reszta zaś miałaby lepsze warunki ku temu, aby się rozwijać i podejmować aktywności, takie jak na przykład emigracja, dodatkowe szkolenia opłacone dzięki wyższym dochodom, czy większa ilość i korzystniejsze profity z ofert na rynku pracy. Państwo reguluje te sfery poprzez swoje monopole: cła, patenty, monopol pieniężny, ochronny oraz ziemski. Przy użyciu każdego z nich, pozwala ono pracownikom oraz posiadaczom na pewną dozę swobody, oczekując w zamian poddaństwa oraz ewentualnie części zysków. Nie zmienia to jednak faktu, że zdecydowana większość transakcji realizowana jest za porozumieniem stron, drogą dobrowolnej współpracy. Element koercyjny może się w tym zestawie pojawić dopiero w momencie, kiedy podejmą wobec siebie zobowiązanie. Jego forma nie ma przy tym najmniejszego znaczenia.
