Czy kradzież może być dobrowolna?

Tagi

, , , , , , , , ,

Pytanie, które postawiłem w tytule zabrzmi zapewne jak oksymoron. Przyzwyczailiśmy się bowiem, że kradzież – obok morderstwa – stanowi jedną z najbardziej potępianych praktyk społecznych w historii. W każdej niemal cywilizacji, począwszy od prymitywnej kultury czasów rewolucji neolitycznej, poprzez pierwsze nowożytne społeczeństwa mieszczańskie, skończywszy na zglobalizowanym świecie doby współczesnej budziła i budzi ona jednoznacznie negatywne konotacje.

Gdyby tak postawić złodziejowi pytanie „Dlaczego kradniesz?”, odpowiedziałby najpewniej, że lubi, bądź tak jest mu wygodniej, niż gdyby miał podjąć się uczciwszej pracy. Inny wskazałby na życiową konieczność, np. biedę, niskie zarobki rodziców i związane z tym braki w wykształceniu, albo obwinił lokalny rynek pracy, który nie daje perspektyw. Ilu złodziei, tyle dokładnie powodów, dla których ludzie decydują się zaryzykować skok na cudzą własność.

Zamierzam zastanowić się teraz nad przyczynami takiego stanu rzeczy, co stanowi etyczną, a poniekąd i ekonomiczną, motywację do kradzieży. Jedną z nich jest nieodmienne łączenie jej z przymusem – w konsekwencji zawłaszczeniem cudzego dobra bez przyzwolenia właściciela. Ograniczona ilość zasobów naturalnych i wszelkiego typu dóbr rzadkich sprawia, że posiadacz danego dobra będzie miał w razie jego utraty trudności z uzyskaniem duplikatu identycznego przedmiotu, bądź jest to niemożliwe ze względu na jego unikatową specyfikę.

Przymus jest więc czynnikiem, który motywuje właścicieli do ochrony stanu swojego posiadania. Obawiają się oni nie tyle utraty samego dobra, co konsekwencji, które ta utrata może spowodować w przyszłości. Można się spodziewać, że im wyższa jest subiektywna wartość takiego produktu, tym silniejszy opór stawiać będzie jednostka, jednostronnie postawiona przez agresora w sytuacji zagrożenia.

Inną przesłanką, która determinuje opór posiadaczy w przypadku kradzieży jest to, że prawo własności jest przez ludzi pojmowane swoiście już od najmłodszych lat, nie wymaga w tym zakresie żadnej edukacji i stanowi przykład mechanizmu ewolucyjnie „wbudowanego” w naturę człowieka. Intuicyjnie wiemy, co należy do nas, głośno protestujemy i podejmujemy działania, żeby użytkowanej lub prawnie przypisanej do nas własności bronić.

Moim zdaniem, wyraźna separacja właściciela jakiegoś dobra – czy jest to gospodarz na roli, biznesmen w przedsiębiorstwie prywatnym, tudzież klient, który nabył jakiś towar jest korzystna zarówno pod względem efektywności w wykorzystaniu tego dobra, jak i w ujęciu etycznym. Osobista odpowiedzialność oraz perspektywa przyszłych zysków, które można odnieść w wyniku użytkowania takich dóbr sprawiają, że są one alokowane w sposób bardziej rozsądny i wykorzystywane z większym zaangażowaniem niż dobra, do których nie mamy pełni praw własności.

Doskonałą ilustracją zachowania wręcz przeciwnego jest przykład tragedii wspólnego pastwiska (ang. tragedy of the commons), która opisuje zjawisko nadmiernej eksploatacji dóbr publicznych w celu odniesienia jednostkowej korzyści kosztem wszystkich innych członków społeczności, która z tego dobra korzysta. Mimo, że zjawisko kradzieży formalnie nie zachodzi – własność publiczna nie należy tak naprawdę do żadnego z jej użytkowników – to osobiste działanie jednego z nich, nakierowane na maksymalizację zysków przy jednoczesnym nie liczeniu się ze stratami dla całej społeczności, pozbawia ją możliwości dalszej eksploatacji takiego zasobu.

Bezpośrednią przyczyną kradzieży jest więc ograniczona podaż dóbr oraz chciwość, w ewolucyjny poniekąd sposób wpisana w naturę człowieka. Tak długo, jak ogranicza go umowa społeczna, dobrowolny kontrakt, który zgodził się „podpisać” swoją zgodą, postępować będzie progresja danej społeczności. Naturalny popęd do zawłaszczania cudzego majątku ograniczać mogą zaś dwa czynniki: perspektywa przyszłych korzyści oraz strach przed możliwymi reperkusjami takiego postępowania; przy czym nie muszą się one wyrażać tylko w groźbie fizycznej agresji, może to być np. obawa przed wstydem, gdyby wyszło na jaw, że ta osoba jest złodziejem.

We wszystkich istniejących obecnie religiach występuje jakaś mutacja wywodzącego się z mozaizmu „Nie kradnij”. Przez wieki, była to podstawowa norma moralna, umożliwiająca istnienie procesu wymiany i względnie pokojowego rozwoju cywilizacji. Pomimo tego, że do rozwiązywania problemów z nią związanych zaprzęgano aparat państwowy, który łapał i karał złodziei, to nie prawo stanowi clue postrzegania jej przez społeczeństwo, a właśnie moralność. Od małego jesteśmy na różne sposoby bombardowani informacjami o szkodliwości zawłaszczania cudzego mienia. Większość argumentów odwołuje się do podstaw etyki, tego jądra, które próbuje w aprioryczny sposób dowieść, że kradzież jest niemoralna. Niebagatelny wpływ na jej postrzeganie posiada religia, która dopuszcza jednak liczne, czasem obwarowane warunkami wyjątki od tej reguły. Legitymiści uważali, że władza królewska jest po prostu przedłużeniem władzy Boga na ziemi, dopuszczali więc redystrybucję dóbr poddanych na potrzeby korony. Tomasz z Akwinu w swojej „Summie Teologicznej” wyłożył koncepcję wojny sprawiedliwej, autorstwa biskupa Augustyna z Hippony, która w niektórych wypadkach dawała władcy, jak i pojedynczym żołnierzom prerogatywy do zabijania i zawłaszczania cudzych dóbr, ustanawiając jednak kanon, którym powinni się kierować. Większość odłamów indyjskiego hinduizmu uznaje istnienie kast, zaś ludzi, którzy znajdują się poza nim – dalitów, zwanych popularnie pariasami, traktuje się w Indiach jako nietykalnych, pozbawionych wszelkich praw osobników postawionych poza nawiasem społecznym.

Ciekawy przykład na stanowisko „przeciw” wyzute kompletnie ze względów etycznych jest ujęcie utylitarystyczne, które poucza nas, że takie postępowanie w dłuższej perspektywie nie popłaca, bowiem w każdej chwili możemy zostać złapani i osądzeni, zarówno przez organy państwowe, jak i same ofiary. Czynniki ryzyka kumulują się i wzrastają z każdym dokonanym przejęciem czyjegoś dobra; rośnie szansa, że ktoś wreszcie postanowi dokonać na nas aktu zemsty bądź restytucji mienia. W trosce o samych siebie powinniśmy się zatem wyrzec nadmiernych ambicji i przestrzegać prawa, tak aby uniknąć potencjalnej kary.

Według mnie, najlepszy argument za tym, aby nie zawłaszczać cudzej własności można wywieść z pozycji prawo-naturalistycznych. Nie stoi za nim żadna groźba siłowa, nałożony z góry, mityczny obowiązek ani wyrafinowana koncepcja prawna, tylko zwykła etyczna uczciwość. Prawo każdego człowieka do posiadania samego siebie, jak i całości swojego słusznie uzyskanego majątku determinować powinno jego postępowanie wobec innych oraz, vice-versa, oddziaływanie zwrotne innych ludzi, które wzajemnie szanują zarówno ciała, jak i stan posiadania innych jednostek. Czynią tak niezależnie od tego, jakie konsekwencje może przynieść kradzież, na ile oszacują reperkusje związane z jej wykryciem i penalizacją, albo spodziewanymi korzyściami. Standardowym scenariuszem w tych wypadkach, kiedy własność jednego koliduje z własnością drugiego są negocjacje, bez odwoływania się do siły, bądź groźby użycia aparatu przymusu.

Aby prawo naturalne nie było jednak tylko czczą, spisaną na papierze brulionową koncepcją, należy doprecyzować, jakiego rodzaju dobra uważam za słusznie uzyskane. Najprościej zobrazuję to historią drwala, który posiada dom na skraju lasu i postanawia założyć gospodarstwo. W tym celu wycina kawałek lasu, i przygotowuje ziemię pod uprawę, resztę pola znajdującego się w sąsiedztwie drogi pozostawiając jako ugór na przyszły rok. W tym momencie na scenę wkracza drugi rolnik, który orze i obsiewa kawałek pozostawiony przez drwala. Możemy w tym przypadku wyodrębnić dwa rodzaje własności, wspomniany już przeze mnie wcześniej majątek słusznie uzyskany oraz zasoby naturalne, pozostawione jeszcze w stanie faktycznego nieużytku. Z punktu widzenia pierwszego obszarnika takie postępowanie może być traktowane jako zawłaszczenie, bowiem miał on już konkretne plany na przyszłość, związane z zagospodarowaniem tego skrawka ziemi. Pojawienie się konkurenta wzburzyło jego spokój, stawiając go w perspektywie „utraty” dobra przyszłego – koszt alternatywny okazał się dla niego wysoki. Jeżeli może w ogóle mówić o swoim ‘prawie’ do ziemi, to jest nim z pewnością praca, którą włożył w uprawę i oczyszczenie z drzew swojej części pola. Druga część pozostała faktycznie niezagospodarowana, co umożliwiło swobodne jej przejęcie. W obecnym systemie każdy właściciel znajduje się w posiadaniu aktu normatywnego, który „poświadcza” jego tytulaturę i wyłączne prawo do rozporządzania na danym terenie; stanowi także podstawę do usunięcia go przez aparat przymusu, w razie gdyby ten przywilej naruszył.

Koncepcja prawa naturalnego wychodzi poza standardowe prawo własności, które wydaje się nie istnieć bez groźby realnej bądź potencjalnej agresji, która za nim stoi. Faktyczną ochroną obejmuje tylko te dobra, które znajdują się w aktywnym użyciu i mają swoją legitymizację we włożonej doń pracy, rozumianej również jako pieniądz. Co to oznacza? Że ciastko, które kupiłem w sklepie stanowi ekwiwalent ceny podyktowanej przez piekarza, zaś moja praca jej równowartość. Dokonuję transakcji pośredniej przy użyciu pieniądza, lecz wymieniam tak naprawdę swoją pracę na produkt wytworzony dzięki pracy innych. Z tego powodu, jako właściciel, będę podchodził bardzo negatywnie do pomysłu odebrania mi mojej własności, cenił ją i stawiał opór w jej obronie. Analogiczną sytuację możemy rozciągnąć na wszystkie dziedziny aktywności gospodarczej, ponieważ one nierozłącznie wiążą się z pracą i włożonym w nią trudem, który niejako stawia posiadane przez nas dobra wyżej w subiektywnym odczuciu, bowiem włożyliśmy w ich uzyskanie czas i energię.

Jakie konkretnie przełożenie na życie społeczne miałaby taka koncepcja? Moglibyśmy rościć sobie prawo tylko do dóbr, które znajdują się pod naszą bezpośrednią kuratelą, i zostały przekształcone w wyniku naszej działalności, przekazane nam wolą uprzedniego właściciela, bądź nie zostały przez nas wytworzone, ale kupione za pracę, lub też użytkowane w stałym okresie czasu. To właśnie użycie i praca stanowią jedyną legitymizację prawa własności, i jako takie są przeciwieństwami kradzieży – zawłaszczenia dobra bez żadnych, albo z niewystarczającymi, podstawami, aby tak czynić. Aby taki model wprowadzić w życie, z oczywistych względów wymaga on zniesienia dzisiejszego, monopolistycznego systemu administracyjno-prawnego, który daje wielu podmiotom przywilej zarządzania własnością przezeń nieużywaną. Zupełnie dopuszczalne z punktu widzenia etycznego (i realiów!) stałoby się wtedy zagospodarowanie nieużytku, takiego jak w przykładzie użytym powyżej, jak również objęcie kontroli przez pracowników nad swoim zakładem pracy. Obecny system konserwuje te przywileje, nadając monopolistom prerogatywy w postaci możliwości i groźby użycia przymusu wobec jednostek naruszających ich papierową własność.

Nie chciałbym jednak, aby tego rodzaju rozumowanie było traktowane w kategoriach absolutnych, w rodzaju twierdzenia, że obecny stan rzeczy jest efektem tylko i wyłącznie przywilejów, jakie zostały nadane wielkim posiadaczom i bez jego pomocy nie tylko zanikłby zupełnie, ale nigdy by nie zaistniał. Jest to nieprawda. System pracy najemnej, mimo swoich wad oraz oczywistych tarć natury moralnej, umożliwia wielu ludziom, którzy w obecnej sytuacji byliby niezdolni do prowadzenia działalności gospodarczej, na zarobek oraz zdobycie koniecznego w swojej branży doświadczenia. Może to w konsekwencji zaowocować emancypacją najbardziej doświadczonych jednostek i założeniem przez nich spółek, które będą w stanie utrzymać z samodzielnej pracy. Najczęściej jednak, widząc potencjalne korzyści i przywileje, które daje system pracy najemnej, decydują się zatrudnić pracowników i obracać monetą uzyskaną z wygenerowanych przez nich przychodów.

Dochodząc w tym momencie do kluczowego punktu, chciałbym cofnąć się do wstępu oraz pytania postawionego w tytule: Czy kradzież może być dobrowolna? W języku polskim to zdanie może mieć kilka różnych znaczeń, nieznana jest bowiem tożsamość złodzieja oraz jego ofiary; innymi słowy, nie wiadomo, kto komu sięga do kieszeni. Ściśle wiąże się to z twierdzeniami podanymi przeze mnie powyżej. Jeżeli mamy świadomość, że pracownik najemny nie otrzymuje pełnej wartości wyprodukowanych przez siebie dóbr, przez które rozumiemy oczywiście nie tylko ziemniaki albo kapustę z pola, ale też, a może przede wszystkim: usługi i dobra będące wynikiem przekształceń surowców, które już ktoś wcześniej poddał obróbce, to naturalnym pytaniem, które musimy sobie postawić brzmi – czy praca najemna to kradzież?

Temat ten jest tak obszerny, iż mógłby być tematem pracy naukowej, i znacznie wykracza poza zakres mojej wypowiedzi, skupię się zatem tylko na procesie dojścia do konkluzji, która mogłaby nam przybliżyć, jaka jest właściwa odpowiedź na to pytanie. Praca najemna, jak również wszelkie formy zawłaszczenia ziemi niebędącej de facto w stanie użytku stanowią przykład redystrybucji. Jestem w stanie arbitralnie uznać, że użycie siły wobec rolnika, który postanowi uprawiać rolę na znajdującej się w granicach naszych papierowych włości ziemi jest moralnie niegodziwe, jednak nie mogę powiedzieć tego samego o studentce, która zatrudnia się w lokalnym kiosku, żeby dorobić na studia. Granice są tu bardzo płynne; trudno je jednoznacznie umiejscowić na osi „dobro-zło” i jeszcze przeciwstawić im w ramach dychotomii pracę własnych rąk. Jeżeli pracodawca, bądź też pracobiorca – można używać tego określenia wymiennie, ale będę faworyzował od teraz skrót myślowy „posiadacz” – przedstawi pracownikowi jasne, choć zazwyczaj niekorzystne, warunki współpracy, a on udzieli na nie nieprzymusowej zgody, bo widzi w takim układzie korzyści, wtedy można uznać, że taka wymiana jest moralnie czysta. Częściej jednak zachodzi zjawisko uznania „mniejszego zła”, jakim jest praca najemna za konieczność, bowiem to pracodawca posiada środki produkcji – rozumiane tutaj jako wszelkiego rodzaju sprzęt, elektroniczny, jak i mechaniczny, know-how, ziemię (lokal) oraz, dzisiaj już raczej z rzadka, bazę surowcową. Posiadacz nie ma pojęcia, że jego przywilej opiera się na pewnego rodzaju carte blanche, które daje mu rząd, systemie konserwującym prawa własności w rękach takich jak on. Wbrew pozorom, nie czyni go to a priori złodziejem, jak również jego pracownik nie staje się od momentu podpisania umowy okradaną ofiarą. Jest to kwestią tylko i wyłącznie subiektywnych odczuć obu stron. Pracownik powinien mieć sposobność, by w pewnym momencie, w razie gdyby przestały odpowiadać mu warunki zatrudnienia, zerwać umowę, bądź po prostu „przywłaszczyć” sobie środki produkcji, którymi posługuje się na co dzień. Takie wypadki jednak często uniemożliwia państwo, które honoruje dokumenty, jakimi posługują się posiadacze, aby udowodnić swoje „prawa” do konkretnej własności. Pracownicy i robotnicy spotkaliby się więc z represjami, gdyby próbowali przejąć użytkowane przez się środki produkcji, bądź też po prostu zerwać umowę w momencie, w którym klauzula w dokumencie tego zabrania.

Reasumując, w mojej opinii odpowiedź na pytanie, czy ktoś może zostać z własnej woli okradziony brzmi: zdecydowanie nie. Domniemana „kradzież” przestaje być w takim wypadku przestępstwem; traci swój redystrybucyjny charakter i staje się po prostu umową społeczną pomiędzy posiadaczem, a jego pracownikiem: „Płać mi co miesiąc taką a taką sumę pieniędzy, a ja będę dla ciebie pracował”. Takiej transakcji nie można by było niczego zarzucić od strony etycznej, jednak obecny system czyni takie uzgodnienia co najmniej nie do końca dobrowolnymi, bowiem można domniemywać, że część pracowników zrezygnowałaby z pracy najemnej na rzecz jakiejś innej formy działalności gospodarczej; reszta zaś miałaby lepsze warunki ku temu, aby się rozwijać i podejmować aktywności, takie jak na przykład emigracja, dodatkowe szkolenia opłacone dzięki wyższym dochodom, czy większa ilość i korzystniejsze profity z ofert na rynku pracy. Państwo reguluje te sfery poprzez swoje monopole: cła, patenty, monopol pieniężny, ochronny oraz ziemski. Przy użyciu każdego z nich, pozwala ono pracownikom oraz posiadaczom na pewną dozę swobody, oczekując w zamian poddaństwa oraz ewentualnie części zysków. Nie zmienia to jednak faktu, że zdecydowana większość transakcji realizowana jest za porozumieniem stron, drogą dobrowolnej współpracy. Element koercyjny może się w tym zestawie pojawić dopiero w momencie, kiedy podejmą wobec siebie zobowiązanie. Jego forma nie ma przy tym najmniejszego znaczenia.

Libertariańskie Credo

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Wierzę w jeden, wolny Rynek,
i Ojca Jego, Misesa
Stworzyciela złota i kruszcu,
wszystkich rzeczy namacalnych i opłacalnych.

I w jednego Rothbarda, Proroka Jego,
Filozofa Jedynego Prawdziwego,
który z Aksjomatu jest zrodzon przed wszystkimi etatystami.

Pieniądz z Pieniądza,
Ekwiwalent z Ekwiwalentu,
Dedukcja z rozumu ludzkiego.
Samoistnie cyrkulujący, a nie stworzony,
współistotny Własności,
a przez Niego wszystko się opłaciło.
On to dla nas kapitalistów i dla naszego wzbogacenia zstąpił z Aryi.
I za sprawą Dolara
przyjął standard złota i stał się instrumentem pochodnym.
Zaorany również za nas,
pod Kardachem-Ponichterem został zlekceważony i poniżony.
Lecz nigdy nie zemarł,
jak oznajmia Ludzkie Działanie.
I wstąpił do dziedziny A Priori, siedzi po lewicy Mistrza,
A po prawicy swego Rosenbauma.
I powtórnie przyjdzie w chwale, sądzić podług zdolności i wartości pracy,
a Zyskom Jego nie będzie końca.

Rozumuję w Mistrzu, Własności i Dolarze
który od Ojca (i Proroka) pochodzi,
który z Rozumem i z Dolarem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę,
który pisał do nas poprzez Proroka.

Koncypuję jeden, niepodważalny, uniwersalny i końca nie mający Aksjomat Powszechny
Wyznaję jedną szkołę, Austriacką, teorię Marginalistyczną, epistemologiczny Racjonalizm
I oczekuję Dnia Sznura, kiedy to obok gaci zawisną biurokraci.

Ave Übermensch.

O wyzysku, akapji & anarchizmie w ogólności słów kilka

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Notka jest niepełną odpowiedzią na ten oto artykuł niejakiego Macieja De, eklektycznego anarchisty i socyalistycznego myśliciela, który garściami czerpie ze wszystkich, ale tak, żeby nie stać się żadnym z nich. Pomimo całego steku nieprawideł i utopistycznych wstawek mogę gościa z czystym sumieniem polecić – ciekawie się czyta, jest z czym polemizować, a możliwości wykazania się, wprost proporcjonalnie do ilości tekstów, jest sporo.

Zawężanie definicji anarchizmu do jego głównych 2/3 nurtów (akolektywizmu, aindywidualizmu i asyndykalizmu) to idiotyzm – każda ideologia, która zakłada zniesienie państwa wlicza się w poczet anarchizmu, którego istotą jest zniesienie państwowego monopolu na przemoc – pod tę etykietkę akapiści ewidentnie podpadają.

Jeżeli ktoś, tak jak ów Maciej De ograniczy to słówko do tych trzech „szkół”, to gdzie zaklasyfikować całą resztę?

Czym się różni od państwowego zamordyzmu, proponowane przez Rothbarda, prawo do podejmowania ostatecznych decyzji dotyczących „swojej” własności przez „właściciela” nawet jeżeli dotyczy to także innych osób, w jakiś sposób z nią związanych (np. pracowników najemnych)?

Na przykład tym, że państwowy zamordyzm nie pozostawia wyboru – płać abo giń, oddaj kasę, dom, idź do więzienia. Ten „anarchizm” to de facto komunizm, bo nie da się skłonić ludzi do porzucenia kapitalizmu i zamieszkania w komunach/spółdzielniach inaczej niż przemocą. Also: jedyną, wymuszoną już nie przez państwo, ale komuszków formą własności będą użytki kolektywne – a jak nam burżuj postawi wieżowiec, to mu go zburzymy, bo jebiemy na prawo własności, albo chcemy mieć taki sam, ale nie mamy środków, żeby go wybudować. Odbijamy piłeczkę:

Czym się różni od państwowego zamordyzmu, proponowane przez Carsona, prawo do podejmowania ostatecznych decyzji dotyczących „publicznej” własności przez „właściciela” zwłaszcza jeżeli dotyczy to tego, co cudze, a nie Moje? Co odróżnia władzę państwa nad jednostką od władzy kolektywu?

Krótko rekapitulując można powiedzieć, że „anarcho-kapitaliści” rozdzielając wolność ekonomiczną oraz wolności politycznej, czynią z tej drugiej zwyczajny żart, gdyż wymarzone przez nich społeczeństwo byłoby społeczeństwem skrajnych nierówności. W konsekwencji członkowie takiego społeczeństwa cechowali by się różnym zakresem wolności i wolności rządzenia, w zależności od posiadanego majątku

Nie ma czegoś takiego jak „wolność polityczna”; polityka zawsze sprowadza się do uzurpacji – czy to wolą Większości, która rozporządza majątkiem i życiem innych drogą wyborczego konsensusu, czy też władczą knagą Króla, namaszczonego z woli Boga lub Ludu, i z tej racji uprawnionego do grabieży i dyrygowania wajchami gospodarki. Zawsze jest to system kastowy, który wymusza podział ludzi według układów i stref wpływów, a nie zdolności do pomnażania fizycznego bogactwa (naturalnej hierarchii ekonomicznej).

Tak samo, jak naturalne jest, że różni ludzie mają różny wzrost, móżyni dłuższego chuja, nordowie większą tolerancję na słońce, a chinole wyższe IQ, tak naturalna jest nierówność ekonomiczna. Ludzie, którym się nie poszczęściło, którzy nie mają zdolności lub Woli, żeby się czegoś dorobić zginą z głodu pod płotem. Żeby nie zginęli, trzeba zrobić to samo, co robią obecni etatole – zabrać jednym, przemielić przez systemową biurokrację i rozdać drugim „według potrzeb”, o których oczywiście mają decydować inni, którzy nie są w stanie ocenić, na ile dany człowiek zasługuje, ile powinien dostać kiełbasy, drobiu, co lubi jeść, jakie rozrywki są mu potrzebne itepe-itede-etece.

Abstrahując już od tego, że jest to złe, niemoralne etc., to w anarchizmie jest kompletną utopią, bo jeżeli nie ma systemu, który by wszystkim zarządzał, to nie można też wymusić na ludziach przestrzegania określonych „praw”, takich jak kompulsywne miłosierdzie wobec Bliźniego, od którego byś się zapewne odżegnał i działania machiny, która będzie te nierówności temperować. Ale tak to właśnie wygląda: nie jest ważne to, co moje, bo przychodzi harpia, która powołując się na towarzysza swego, który właśnie dogorywa pod płotem konfiskuje ci pieczywo i 50 złotych na poczet „żywotnej potrzeby”. Tylko kto ma decydować o tym, co jest „żywotną potrzebą”, a co „egoistyczną zachcianką”?

Czyż mogę być prawdziwie wolny, nie posiadając ferrari, pijąc ze szklanek z indyjskiego szkła i jeżdżąc tanim Golfem, pyta socyalista? Ja, tak okrutnie poszkodowany przez los, zubożały w porównaniu do tych chciwych świń z korporacji; czyż i Ja nie jestem uprawniony do posiadania tego, co oni? Dlaczego jedni umierają z głodu, podczas gdy drudzy opływają w dostatki i śpią na forsie, szastając nią na dziwki i koks? Ja też chcę! Znaczy… Nie na dziwki, ale chcę MIEĆ. Nie, ja nie chcę – DOMAGAM SIĘ mienia. A że nie ma… Sorry, Batory, ma być, a jeśli nie ma, to DAJ.

„Skrajna nierówność” jest tak naturalna jak rozdźwięk pomiędzy głupimi a mądrymi, wykształconymi a plebsem, wysokimi a niskimi – nie może być regulowana sztucznie, w dodatku w systemie, który z definicji zakłada jebanie systemu.

Za nurt podobny do proudhonizmu w libertarianizmie uchodzi geolibertarianizm, którego wyznawcy nie rozumieją pojęcia własności – i tego, że jak już coś kupię lub wydębię, to jest Moje. I tak: zamiast własności prywatnej chcą „własność użytkową”, polegającą na tym, że kupujesz dom, ale on wcale nie jest twój – musisz za niego do końca płacić tantiemy, oczywiście władzy, za to, że już nikt inny nie może z niego korzystać, a ty ograniczasz komuś „dostęp” do danego kawałka ziemi.

„Własnością użytkową” w moim rozumieniu może być tylko własność najemna – lokal na prywatnym terenie/u znajomego/gdzie bądź, za który płaci się czynsz – bo się go nie kupiło na własność, a nie dlatego, że nikt nie może posiadać terenu ani źródeł zasobów naturalnych.

Podobnież, rozgraniczenie „własności prywatnej nieruchomości” od „własności prywatnej” to absurd, bo niby czym się różni posiadanie domu od posiadania szczoteczki do zębów? Jak użyjesz tej drugiej, to też nikt inny nie będzie mógł z niej skorzystać – raz, że zapaskudziłeś, dwa – jest Twoja. Chodzi tu też zapewne o własność środków produkcji, które wedle pracowitej teoryjki należą się tylko tym, którzy wytwarzają dobra materialne – a nie projektantowi, który załatwia lokal, płaci za niego rachunki, manageruje pracą, ściąga specjalistów, załatwia sprzęt i spedycję.

Rady Robotnicze, które pojawiły się w miejsce jebanych, wywłaszczonych burżujków nie składały się z ludzi, którzy faktycznie dysponują daną fabryką, czują się za nią odpowiedzialne i mają wiedzę potrzebną do jej prowadzenia. Znajomy opowiedział mi niedawno historię młyna, którego zresztą wiedziałem na własne oczy, a który w czasach przed-wywłaszczeniowych świetnie na Podbeskidziu prosperował, utrzymując pracowników i mając dosyć nowoczesną (jak na tamte czasy) technologię. Teraz została z niego ruina, bo państwo utworzyło Radę Robotniczą i znacjonalizowało zakład. Po paru latach upadł, ale pusty blok pozostał – jako symbol dawnej chwały, zapomnianej cnoty produkcji.

Dlatego błędem jest postrzeganie kapitalistów jako wyzyskiwaczy – w kraju/świecie, w którym nie dostaną na starcie żadnych państwowych dopalaczy kapitał, który osiągną będzie rezultatem wyłącznie ich samodzielnej, ciężkiej pracy i dostarczania klientom dóbr pożądanych (a nie wytypowanych drogą przetargu w jakiejś komisji), za które zapłacili subiektywnie pojmowaną wartością – pieniądzem.

Jeżeli coś jest kupowane, a na rynku panuje pełna konkurencja i możliwy jest wybór spośród wszelkich dostępnych dóbr (na przykład w sektorze smartphonów, aj-padów, pecetów i wszelkich sprzętów kabelkowych) to jednostka płaci uczciwą pracą za uczciwą pracę drugiej jednostki.

Wyzysk pojawia się wtedy, kiedy jeden z pracodawców dysponuje środkami zdobytymi w nieuczciwy sposób – ze sztucznego monopolu, rządowych grantów, dotacji od prywatnej mafii typu ITI/Angora, czy też obfitych rządowych kontraktów (na drogi, zbrojenia, autostrady etc.). Bez państwa nie będzie wyzysku, bo konkurencja i obfitość dóbr podniesie stopę życiową do takiego poziomu, że nawet większość lumpów ze śmietnika będzie w stanie znaleźć zatrudnienie. Teraz nie mogą, bo są korpo, płace minimalne i jebane fiskusosanepidy, które zniszczą każdą firmę,

Ale on tu pił do czegoś głębszego – do tego, że zatrudnienie się w firmie i „sprzedawanie” jej efektów swojej pracy w zamian za „1/10 ich wartości” to zuo. A kto oszacowuje wartość, jak nie ten, który wytwarza dany produkt? Samotna jednostka ma małe szanse na wypromowanie i zarobienie na przykład na nowym rodzaju płyt, ale jeżeli pójdzie z tym do korpo i tam to rozwinie, to zarobią wszyscy – ona, korpo i społeczeństwo. Współdziałanie to korzyść dla każdego, socjaluszku. A motywacją jest zawsze zarobek.

Inny słowy: „anarcho-kapitaliści” popierają panowanie osób posiadających kapitał, nad tymi którzy go nie posiadają, zarówno w zakładzie pracy, jak i w życiu społecznym. Nawet jeżeli zachowają demokratyczne formy podejmowania decyzji w obrębie własnych organizacji społecznych, to i tak osoby posiadające kapitał będą w stanie wymusić (np. poprzez szantaż lub groźbę) podejmowanie decyzji korzystnych dla siebie, jak i będą w stanie wymusić niemal podjęcie się każdej czynności przez osoby nie posiadające kapitału (jako, że ci będą się znajdować pod presją przymusu ekonomicznego – widma głodu, nędzy i bezrobocia). W praktyce więc popierają zachowanie społecznego status quo

Nie da się całkiem odrzucić hierarchii, bo to jest obiektywny fakt, że człowiek, który jest ode mnie zdolniejszy, lepiej sobie radzi i jest „nierówny” wobec mojej niższej zaradności życiowej będzie miał więcej, lepiej i zawsze najlepsze miejsca. Zasłużył na to, poprzez swoje zdolności. To „panowanie” nie jest więc niczym innym jak naturalnym porządkiem świata, który wynosi najlepszych na szczyt i „pozostawia” słabych, żeby zginęli z powodu własnej niekompetencji.

„Przymus ekonomiczny” to taki sam przymus jak fizjologiczna potrzeba srania, żarcia czy spania – musisz i już, jak nie chcesz, żeby ci jelita pękły to lecisz do kibla. Tylko w ekonomii, poprzez generowanie długów i zabieranie silniejszym na poczet słabszych udało się tymczasowo ten mechanizm oszukać – słabi nie szukają pracy, nie rozwijają się i nie walczą o życie, bo mają kogoś, kto zawsze im da, usłużnie odbierając innemu i biorąc dla siebie stosowną część. Na tym opiera się ten system – na wyzysku.

Kto tego nie widzi, jest głupcem. Kto widzi i dalej upiera się przy swoim, jest idiotą. A kto widzi, upiera się i nienawidzi silniejszych, którzy są ofiarami, ten jest nic niewartym hipsterczem z lewicowo-liberalno-zjebanych mendiów.

Amę.

Randki, grzesznicy i oaza, czyli wywiad z ks. Proboszczem

Tagi

, , , , , , , , ,

Inicjatywą Ruchu Pobożnych Parafian postanowiliśmy przeprowadzić wywiad z ks. proboszczem naszej parafii i wydać go w formie miniporadnika dla tych z nas, którym nie w smak modernistyczne odchyły kultury Cywilizacji Śmierci. Wierzymy, że wciąż są wśród nas wierni, którzy wiedzą, co to cnota i grzesznicy, którzy rozpaczliwie łakną Nawrócenia. Ich właśnie zapraszamy do czytania oraz zakupu książki ks. wikarego pt.: „Bóg ortodoksyjny – wykładnia i lektura Słowa Bożego na podstawie KKK”. Miłej lektury!

KS. WIKARY: Księże proboszczu, jak rozpoznać neutralne miejsce na randkę? Czy pub jest ideologicznie odpowiedni? Jak odróżnić kawiarnię lewackom od prawackey?

KS. PROBOSZCZ: Miejsce neutralne to takie, które otrzymało akredytację lokalnego biskupa lub ordynariusza. Pub jest odpowiedni wtedy, jeśli wpuszcza tylko osoby powyżej 21-go roku życia, kończy działalność o godzinie 23-ciej, nie sprzedaje trunków powyżej 18% i znajduje się w odległości co najmniej 50 km od najbliższej szkoły lub sanktuarium.

Kawiarnie powinny jako takie pozostawać pod czujną obserwacją parafialnej grupy wsparcia [tzw. „Strażnic Moralności” – przyp. red.], ponieważ to ulubione miejsca spotkań młodych ludzi – a wiadomo, co takim do głowy przychodzi, kiedy tylko na moment straci się opiekun.

Opcją nie budzącą wątpliwości moralnych jest na pewno poruszanie się wyłącznie po lokalach zamieszczonych w oficyalnych dziennikach diecezjalnych.

KS. WIKARY: Rozumiem. A czy można zaprosić na randkę osobę innego wyznania? Albo, ateistkę? Czy jest to zgodne z zasadami podrywu?

KS. PROBOSZCZ: Każdą kandydatkę należy dyskretnie wypytać o to, czy i jak często chodzi do kościoła, ale w taki sposób, żeby nie poczuła się urażona. Z protestantami, ateistami i deistami należy bezwzględnie zerwać kontakty, natomiast prawosławnych, grekokatolików, wyznawców kościołów koptyjskich i mariawitów episkopat może jeszcze EWENTUALNIE stolerować. Należy jednak pamiętać, że dziecko urodzone w małżeństwie rodziców, którzy są różnego wyznania musi być BEZWZGLĘDNIE wychowywane w tradycji katolickiej.

Generalnie, najbezpieczniej będzie, jeżeli przyszłą żonę poznasz na oazie.

KS. WIKARY: Czy można zainicjować procedurę bliższego poznania z osobą poznaną na pielgrzymce do Obór, albo do Kalwarii Zebrzydowskiej? Jakiej pomocy ze strony duszpasterzy mogę się spodziewać, będąc członkiem oazy?

KS. PROBOSZCZ: Tak, Kodeks Prawa Kanonicznego nie widzi w tym względzie żadnych przeszkód, a nawet przewiduje taką możliwość. Musicie tylko pamiętać, że bliższe namiętności pomiędzy kobietą a mężczyzną możliwe są dopiero po ślubie. Do „inicjacji procedury bliższego zapoznania się” nie potrzebujesz akredytacji lokalnego biskupa – wyobrażasz sobie zresztą, drogi parafianinie, co by było, gdyby każda para chciała taką uzyskać? – ale przy bliższym poznaniu warto zasięgnąć opinii miejscowego proboszcza. Sługa boży, pasterz, zawsze najlepiej zna problemy swoich owieczek.

KS. WIKARY: A co z oazowiczami? Czy oni otrzymują jakiś szczególny rodzaj wsparcia?

KS. PROBOSZCZ: Członek oazy otrzymuje pełne wsparcie, porady i zainteresowanie ze strony wikarego, czy też lokalnego księdza proboszcza. Wiem, bo sam wizytowałem takie parafie, w szczególności oazy w małych wioskach, w których praktykuje się metody Nowej Ewangelizacji. Jeżeli partnerka nie należy do lokalnego Koła Różańcowego ani Oazowego, warto ją tam zabrać i oswoić z nowym towarzystwem. Stosunek przedmałżeński nie musi przekreślać drogi do Zbawienia – i warto o tym pamiętać! Miłosierdzie boże może oczyścić nawet grzeszników i przywieść ich do tzw. „dziewictwa powtórnego” – czyli stanu sprzed popełnienia bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Panience.

KS. WIKARY: Dziękuję ks. Proboszczowi za wywiad i życzę dobrej nocy – księdzu i Parafianom!